Aktualności

Uroczystość z okazji 70 tej rocznicy II wojny światowej

7 maja br. w ramach obchodów 70 rocznicy zakończenia II wojny światowej odbyła się w Muzeum Regionalnym w Stęszewie uroczystość upamiętniająca ostatnie dni światowego konfliktu na terenie naszej gminy. W ramach obchodów okrągłej rocznicy zakończenia wojny do Muzeum zostali zaproszeni mieszkający w Stęszewie świadkowie tamtych pamiętnych wydarzeń oraz przedstawiciele Urzędu Gminy na czele z Burmistrzem Stęszewa, p. Włodzimierzem Pinczakiem. Została otwarta wystawa, której centralnym elementem były relacje mieszkańców, dotyczące decydujących dni maja 1945 roku i toczących się wówczas wydarzeń. Ekspozycję uzupełniają zdjęcia oraz militaria, tematycznie także związane z epizodem zakończenia II wojny światowej na terenie Stęszewa i najbliższej okolicy. Podczas uroczystości w Muzeum obecni byli również uczniowie jednej z klas stęszewskiego Gimnazjum, którzy odczytali zebrane na wystawie relacje mieszkańców Stęszewa.

ralnym elementem były relacje mieszkańców dotyczące decydujących dni maja 1945 roku i toczących się wówczas wydarzeń. Ekspozycję uzupełniają zdjęcia oraz militaria, tematycznie także związane z epizodem zakończenia II wojny światowej na terenie Stęszewa i najbliższej okolicy. Podczas uroczystości w Muzeum obecni byli również uczniowie jednej z klas stęszewskiego Gimnazjum, którzy odczytali zebrane na wystawie relacje mieszkańców Stęszewa.

P3190001
P3190006
P3190007
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
P3190009
P3190013
P3190014



Poznaj swoich bliskich - rozstrzygnięcie konkursu

Foto 1

Sympatykom Muzeum Regionalnego w Stęszewie i wszystkim miłośnikom historii przedstawiamy kolejną odsłonę akcji „Rozpoznaj swoich bliskich”. Przypominamy, że wśród osób, którym uda się na eksponowanych przez nas fotografiach rozpoznać swoich bliskich, i którzy zgłoszą się z taką informacją do siedziby Muzeum, zostaną rozlosowane nagrody książkowe. Publikacja zdjęć w ramach akcji „Rozpoznaj swoich bliskich”, jak również losowania będą się odbywać comiesięcznie. 

Aktualnie prezentowane zdjęcie przedstawia wydział Czeladzi Rzeźniczej w Stęszewie w okresie międzywojennym. Rzeźnictwo było najliczniejszym cechem spośród stęszewskich rzemieślników. Na ekspozycji stałej Muzeum Regionalnego w Stęszewie wyeksponowane są trzy (pochodzące z różnych lat) sztandary działającej w naszym mieście czeladzi rzeźniczej. Już sam ten fakt pokazuje zatem, jak prężną organizacją było zrzeszenie stęszewskich rzeźników. Zachęcamy więc wszystkich mieszkańców, którzy mają przedstawicieli tego zawodu w swoich rodzinach, aby wnikliwie przyjrzeli się publikowanej fotografii.

Jednocześnie pragniemy poinformować, że za miesiąc kwiecień, w którym wyeksponowane było zdjęcie pracowników stęszewskiego tartaku, nagrody książkowe przyznane zostały następującym osobom:
– Genowefa Bródka;
– Bronisława Nowicka;
– Ewa Weychan;
– Szymon Nawrocki;
– Marian Tabaka;
Nagrody można odbierać osobiście w siedzibie Muzeum.

Relacje Mieszkańców Stęszewa na temat ostatnich dni II wojny światowej


OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wywiad z Henrykiem Kosmaczem, przeprowadzony w jego mieszkaniu w Stęszewie w dniu 18 lutego 2015 roku


Stęszew przed wybuchem wojny


W przedwojennym Stęszewie oprócz roszarni dość dużym zakładem był młyn parowy, po którym budynek stoi do dzisiaj przy ulicy Kościelnej. Działalność tegoż młyna była na tyle prężna, że do produkcji zwożono w dużych ilościach zboże – wagonami do stacji kolejowej, a stamtąd wozami konnymi do dużych magazynów, które mieściły się w podwórzu młyna.

Istniejąca do czasu II wojny światowej stęszewska gmina ewangelicka miała swojego pastora, który mieszkał w Stęszewie na stałe wraz z rodziną w domu istniejącym do dzisiaj, zwanym potocznie „pastorówką”. Dom ten miał duży ogród, ciągnący się aż do remizy i dzisiejszego budynku domu kultury oraz biblioteki. Według relacji H. Kosmacza pastor stęszewski miał dwie córki i syna. 


Stęszew w 1939 roku i podczas okupacji


Wg relacji Henryka Kosmacza, zam. w Stęszewie wkroczenie żołnierzy Wehrmachtu do Stęszewa odbyło się w słonecznej, upalnej pogodzie. Toteż z rozkazu Niemców podczas ich wkraczania 7 lub 8 września 1939 roku przed każdym domem obowiązkowo musiało stać wiadro wody – do picia dla ludzi lub koni. 

Podczas wojny we wsi Antonin (za Stęszewem, w kierunku Strykowa) funkcjonowało lotnisko polowe Luftwaffe. Miało ono charakter doraźnego użytkowania – na stałe nie rezydowały na nim samoloty. Jedynie już podczas odwrotu wojsk niemieckich przebywało na tym lotnisku kilka maszyn. Według wiedzy H. Kosmacza nie posiadało ono też stałej obsługi personalnej. 

W okolicach Stęszewa podczas okupacji Jezioro Lipno dostępne było tylko dla Niemców, Jezioro Bochenek służyło jako miejsce pojenia inwentarza, a w Jeziorze Dębskim wolno się było kąpać Polakom. 

We wsi Dębienko podczas okupacji znajdowały się baraki mieszkalne, boisko i strzelnica organizacji Arbeitsdienstu. Członkowie tej organizacji – przeważnie młodzież męska w wieku 16-18 lat paradowała w okolicach Stęszewa pod własnym sztandarem i w regularnych grupach liczących 60 osób (podczas w/w przemarszów trzymano rygor trzech szeregów po 20 osób). Młodzież ta rygorystycznie traktowała Polaków – na nie ściągnięcie przez Polaka czapki przed dowolnym obywatelem niemieckim wspomniani członkowie Arbeitsdienstu często reagowali pobiciem. Jak wspomina H. Kosmacz – jego za nie ściągnięcie czapki przed Niemcem spotkała kara wyczyszczenia 12 rowerów. 

Trakt do Poznania na odcinku od ul. Dworcowej do lasu w Dębienku był wyłożony czerwonym klinkierem, a dopiero „grubo po wojnie” (określenie H. Kosmacza) nawierzchnię tą zalano (prawdopodobnie betonem). Natomiast na odcinku od Rosnówka do Stęszewa podczas okupacji niemieckiej mieszkańcy Dębna, Dębienka i okolic mieli obowiązek nawieźć kopczyki piasku na wypadek gołoledzi, oblodzenia. H. Kosmacz przytoczył zdarzenie z czasów okupacji, kiedy sołtys Dębna, Berger nie ściągnąwszy czapki przed pochodem członków formacji Arbeitsdienstu, został przez nich przewrócony na jeden z kopców piasku do posypywania drogi, a następnie dotkliwie pobity. Całe wydarzenie sołtys Berger przeżył, chociaż skutki pobicia goiły się jeszcze bardzo długo. 

Wg. relacji H. Kosmacza podczas okupacji niemieckiej w stęszewskich świątyniach funkcjonowały magazyny. W obecnym sanktuarium NMP funkcjonował magazyn mebli, natomiast w kościele farnym umieszczono magazyn mundurów – konkretnie mundurów Wehrmachtu, ponieważ w kościele znajdującym się w mieście gminnym Buk znajdował się magazyn czarnych mundurów SS.  Magazyny w Stęszewie przetrwały, z kolei magazyn zlokalizowany w bukowskiej świątyni został spalony przez samych Niemców.

Zacieranie śladów zbrodni w lesie Dębienko rozpoczęło się – według relacji H. Kosmacza już w lipcu 1944 roku. Popioły z palonych wówczas zwłok ofiar wysypywano do rowku melioracyjnego, biegnącego w lesie – miejscu kaźni i dalej przepływającego na terenie dzisiejszego rezerwatu WPN - Bagna Dębienko. Proceder ten (palenia zwłok ofiar) młodzi członkowie Arbeitsdienstu jedynie zabezpieczali przed postronnymi świadkami. Do lasu-miejsca masowej zbrodni w Dębienku nie wolno było kategorycznie wchodzić, a jedynie pod lasem wolno było wypasać inwentarz.


Wyzwalanie Stęszewa spod okupacji niemieckiej w 1945 roku


Wyzwolenie Stęszewa, jak też i innych miejscowości okolicy i regionu poprzedził nakaz dla wszystkich Niemców, aby opuścili zamieszkiwane dotąd tereny. Rozkaz ten wydano ok. 23/24 stycznia 1945 roku. Także od 24 stycznia 1945 roku Niemcy zaczęli urządzać stanowiska obrony – na odcinku począwszy od domu państwa Hein’ów w Dębienku aż do rynku w Stęszewie. Wojska niemieckie, znajdujące się wówczas w Poznaniu zostały odcięte, dlatego ewentualna odsiecz ze strony załogi cytadeli dla niemieckich obrońców Stęszewa nie miałaby szansy się przedostać. W tym czasie część jednostek Armii Czerwonej kontynuowała ofensywę na zachód, a mniejsza część zdobywała twierdzę-cytadelę. Aby zatem uzupełnić szeregi wojsk nacierających na Cytadelę, Rosjanie zmobilizowali ok. 2 tysięcy cywili-Polaków. Po upadku Cytadeli ok. 500-1000 jeńców niemieckich konwojowało zaledwie… trzech Rosjan, z czego jeden na koniu. Pomimo tego nie nastąpiła próba ucieczki, ponieważ Niemcy szansę przetrwania widzieli jedynie w grupie (obawiali się bowiem samosądu ze strony Polaków). 

Armia Czerwona nadeszła od strony Poznania, uprzednio przekroczywszy rzekę Wartę w okolicach Gądek. Samo wkroczenie Rosjan do Stęszewa nastąpiło dnia 25 stycznia w godzinach wieczornych. W pierwszej kolejności do miasta wjechał zwiad wojskowy, a dopiero potem regularne jednostki Armii Czerwonej. Dopiero wjazd tychże regularnych jednostek spowodował, że wojska niemieckie rozpoczęły ostrzał. Nacierające jednostki Armii Czerwonej do Stęszewa wkroczyły od strony Mosiny, obecną ulicą Mosińską. W pierwszej kolejności wkraczały regularne wojska Armii Czerwonej, a ok. 2-3 tygodnie po nich przez wyzwalane miasto przetoczył się drugi rzut wojsk, w ramach którego maszerowali Kałmucy czy inni przedstawiciele narodów pochodzących z odległych regionów ZSRR. Według relacji H. Kosmacza to właśnie wojska tegoż 2 rzutu dopuszczały się regularnych gwałtów, rabunków i innych czynów niegodnych żołnierza. 

Wjazd w/w zwiadu czerwonoarmistów odbył się bez ostrzału ze strony Niemców. Rosyjscy zwiadowcy zostali podpuszczeni aż do rynku. Dopiero wkroczenie regularnych oddziałów Armii Czerwonej spowodowało zbrojną reakcję żołnierzy Wehrmachtu, broniących Stęszewa. Artyleria niemiecka była rozlokowana na odcinku począwszy od posesji państwa Leśniczaków. Podczas wyzwalania uszkodzono domy państwa Leśniczaków i Baranowskich, a zniszczono dom państwa Morcinków, w którym schronili się nieliczni (głównie starsi) niemieccy obywatele miasta Stęszew. Byli to tzw. Schwarzmeerdeutsche, zwani przez polskich mieszkańców „Baldokami”. Wspomniany dom państwa Morcinków został przez Rosjan spalony – wcześniej wyrzucono z niego owych starszych, niemieckich mieszkańców. 

Począwszy od terenów dzisiejszego osiedla wokół ulicy 25 stycznia po łąki wzdłuż obecnej ulicy Trzebawskiej znajdowały się ogromne stogi lnu (nie wymłóconego, z ziarnem), które zostały podpalone przez Niemców. Płonące stogi lnu powodowały duże, gęste kłęby czarnego dymu, który ustał dopiero po około 3 tygodniach. Pożaru tego nikt nie gasił, toteż po owych 3 tygodniach wygasł on samoczynnie. Ostatecznie jednak nie wszystkie stogi spłonęły – były one rozstawione w sposób planowy, systematyczny i zorganizowany oraz miały zabezpieczenie przed piorunami.

Jeśli chodzi o ofiary podczas wyzwalania miasta, między torami a wodociągiem zginęło 2 Niemców, a pomiędzy wspomnianymi stogami lnu zginęło jeszcze 7 żołnierzy niemieckich. Natomiast w okolicach między budynkami policji i poczty, skąd Niemcy prowadzili ostrzał, zginęło 7 Rosjan. Ostrzał ustał po zajściu od tyłu i zlikwidowaniu niemieckiego strzelca. Ów żołnierz niemiecki miał roztrzaskaną głowę (prawdopodobnie „saperką”). W tym fragmencie miasta została uszkodzona wieża kościoła ewangelickiego pojedynczym strzałem artyleryjskim/czołgowym. Powstała w ten sposób spora wyrwa w ściance wieży. Powodem uszkodzenia wieży było umieszczenie w niej przez Niemców stanowiska obserwacyjnego. W świątyni ewangelickiej były też zniszczone-ostrzelane dachówki oraz powybijane szyby. Oprócz wieży  została też spalona szkoła ewangelicka, która znajdowała się na prawo od kościoła ewangelickiego, tj. między kościołem a budynkiem policji. 

Tymczasem po dotarciu do rynku i wyzwoleniu miasta czerwonoarmiści zostali poprowadzeni przez jednego z mieszkańców Stęszewa „Chmielnikami” (ob. ulica Wojska Polskiego w Stęszewie) do Krąplewa i dalej – w kierunku Wielkiej Wsi. W okolicach Krąplewa Armia Czerwona zorganizowała stanowiska artyleryjskie, z których prowadziła silny ostrzał wojsk niemieckich, ewakuujących się szosą na Buk. Siła ostrzału była na tyle duża, że jeszcze 5 lat po zakończeniu wojny mieszkańcy Krąplewa i okolic wykopywali z ziemi pozostałości amunicji i uzbrojenia.  

Już po wyzwoleniu żołnierze sowieccy rezydowali w barakach mieszczących się w okolicach jeziora Lipno – do w/w celów mieszkalnych wykorzystano między innymi jeden z baraków znajdujących się wcześniej w Dębienku pod lasem, a w których rezydowali członkowie Arbeitsdienstu. W baraku tym [nad Jeziorem Lipno] – wg relacji H. Kosmacza stojącym dokładnie na polu p. Kąplerowicza - jednostka Wojska Polskiego w sile około 1 kompanii rezydowała do maja 1945 roku.

Jeśli chodzi o grzebanie poległych, według relacji H. Kosmacza zabitych żołnierzy niemieckich jeńcy zwozili wozem z dyszlem (osobiście go ciągnąc, bez koni) na niemiecki cmentarz przy ulicy Bukowskiej. Poległych Niemców chowano w wykopanych uprzednio mogiłach. 

Natomiast poległych czerwonoarmistów od tygodnia do nawet pół roku po ustaniu frontu grzebano doraźnie w tymczasowych mogiłach. W późniejszym czasie zwłoki te ekshumowano i grzebano na cmentarzach w Poznaniu, między innymi na cmentarzu wojskowym na poznańskiej Cytadeli. 

Pojedynczy grób żołnierza radzieckiego znajduje się też w okolicach Stęszewa w miejscowości Rosnówko, na skraju lasu. Wg relacji H. Kosmacza (który rozmawiał z mieszkańcami tamtych okolic) nic jednak nie wiadomo na temat przybliżonej choćby tożsamości owego żołnierza, jego przynależności do jednostki etc. Nie ma też żadnych wieści na temat okoliczności, w jakich zginął. Do dnia dzisiejszego natomiast istnieje pomnik-nagrobek na owej mogile i miejsce to jest nadal upamiętniane.


Stęszew po wojnie

 

Najpóźniej pod koniec 1946 roku (wg. relacji H. Kosmacza) odbyło się w opuszczonym kościele poewangelickim pierwsze powojenne przedstawienie teatralne „Chata za wsią”. W tym czasie główną aktorką stęszewskiego teatru była p. Molenda (obecnie już nie żyjąca), mieszkająca dawniej przy ul. Kanałowej. Postać „Azy” w w/w przedstawieniu grała żyjąca do dzisiaj p. Nowak-Kołasik, a postać „Tumrego” nieżyjący obecnie p. Mieczysław Karpisak. Wszelkie przedstawienia teatralne odgrywane w nieistniejącym kościele protestanckim były na tyle ważnymi wydarzeniami kulturalnymi, że nawet współcześnie, po upływie 70 lat nazwiska autorów nie zatarły się w ludzkiej pamięci… W tym okresie stan zachowania ewangelickiej świątyni nie przedstawiał się jeszcze najgorzej – szyby były wówczas w całości i nietknięty pozostał chór (balkon). Odbywające się tu wówczas przedstawienia teatralne gromadziły na tyle dużą publikę, że widzowie siedzieli po części i na chórze, i we wnękach okiennych. 

Po opuszczeniu Stęszewa i okolic przez okupantów niemieckich w opuszczonych zabudowaniach Arbeitsdienstu w Dębienku funkcjonował w latach 1945-1952 Ludowy Zespół Sportowy „Przemysławka” Dębienko.

W latach powojennych obecną ulicę Łąkową w Dębienku nazywano „Górną Wildą”, ponieważ mieszkający tam p. Feliczkowski pochodził z poznańskiej Górnej Wildy.


Indywidualne losy Henryka Kosmacza – 

– w czasie okupacji i po wojnie


Henryk Kosmacz urodził się w 1931 roku. Przeprowadził się w rejony Stęszewa w 1937/sierpniu 1938 roku, kiedy to jego rodzina kupiła dom w Dębienku. We wrześniu 1939 roku poszedł do szkoły w Dębnie, jednak nauka trwała zaledwie 3 dni, a 7 bądź 8 września 1939 roku (wg. relacji H. Kosmacza) wkroczyli Niemcy. Ojciec H. Kosmacza udał się na wojnę (trafił do niewoli), a matka pracowała od godzinę 6 rano do godziny 18 wieczorem z łopatą w ręku przy budowie autostrady, która ciągnęła się między innymi od Głuchowa (tego w rejonie Czempinia) i Piotrowa. H. Kosmacz naukę po wojnie rozpoczął od drugiej klasy – jeden rok w budynku byłego przedszkola, a potem w budynku tzw. „pastorówki”, czyli byłego mieszkania pastora. Po czerwcu 1946 roku H. Kosmacz kontynuował naukę w tzw. OD, czyli Oświata dla Dorosłych. Naukę w ramach OD prowadzono w budynku obecnej szkoły specjalnej przy ulicy Wojska Polskiego. Tutaj H. Kosmacz ukończył 6 i 7 klasę. We wrześniu 1948 roku H. Kosmacz kontynuował naukę w szkole przy Zakładach H. Cegielskiego. Potem począwszy od 1948 roku pracował w tym zakładzie nieprzerwanie przez 42 lata. 28 czerwca 1956 roku H. Kosmacz wraz z dwoma kolegami (m. in. z Mieczysławem Krzyżagórskim) przyjechał na godzinę 6:30 do pracy. Normalnie zakład zaczynał pracę wcześniej, ale wspomniana grupa z H. Kosmaczem i M. Krzyżagórskim miała zgodę dyrekcji, by przyjeżdżać na 6:30, żeby moc dojeżdżać do pracy drugim połączeniem kolejowym, bez konieczności zrywania się na najwcześniejszy, pierwszy pociąg. W dniu 28 czerwca 1956 roku H. Kosmacz z kolegami dochodził do Zakładów H. Cegielskiego akurat w momencie, kiedy z fabryki Pojazdów Szynowych wyległ na ulicę protestujący tłum. W powstałym chaosie H. Kosmacz zaniósł z kolegami torby do szafki zakładowej. Ponieważ w trakcie pochodu duża część protestujących miała na sobie uniformy robocze, H. Kosmacza i jego kolegów jako zbyt schludnych… uznano w okolicy dyrekcji kolei za kapusiów, agentów bezpieki. W dalszej kolejności tłum demonstrujących udał się na Plac Mickiewicza. Tutaj według H. Kosmacza „zaczęło się robić gorąco” – z tego miejsca część manifestantów udała się na siedzibę UB na Kochanowskiego, a część w kierunku więzienia przy ulicy Młyńskiej  (ponieważ wśród protestujących zaczęła krążyć plotka, że delegacja robotników z H. Cegielskiego). Załoga więzienia nie broniła się, a otwarła przed demonstrantami bramy więzienia, a następnie cele. Wypuszczono aresztantów, nie sprawdzając czy faktycznie byli to członkowie delegacji z H. Cegielskiego czy zwykli przestępcy. H. Kosmacz około godziny 15 był już w domu. Do tego czasu w Poznaniu rozpętała się silna strzelanina, a części żołnierzom z jednostki na Golęcinie, wysłanych do centrum miasta dla spacyfikowania tłumów, demonstranci odebrali broń. H. Kosmacz z Placu Mickiewicza dotarł pod siedzibę UB na ul. Kochanowskiego, a następnie w rejon ulicy Asnyka. Tutaj blisko niego padły strzały i podjął decyzję, aby natychmiast udać się do domu. Pieszo dotarł w rejon Górczyna, gdzie w okolicach torów kolejowych i stacji górczyńskiej był gęstniejący tłum, jako że wówczas nie było nad torami przepraw w postaci mostów, tylko istniał przejazd kolejowy, który dnia 28 czerwca 1956 roku był co jakiś czas otwierany, by wypuścić wyjeżdżających pospiesznie z Poznania m. in. robotników poznańskich zakładów, a mieszkających poza stolicą Wielkopolski. H. Kosmacz wraz z wieloma innymi osobami dotarł do Stęszewa jadąc na stojąco na wywrotce-ciężarówce. 

W 1956 roku dzień 28 czerwca przypadł na czwartek. W piątek następnego dnia H. Kosmacz jechał wraz z innymi Do Zakładów H. Cegielskiego do pracy. W Luboniu jednakże cały pociąg zatrzymano, a następnie zawrócono do Wolsztyna. W sobotę wszystkich pracowników urlopowano, a w poniedziałek „kto uważał, mógł przyjść do pracy” (wg relacji H. Kosmacza). Za przestój w okresie 28 czerwca (czwartek) – 30 czerwca (sobota) zapłaciły związki zawodowe. 





OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wywiad z Ireną Białą, przeprowadzony w jej mieszkaniu w Stęszewie w dniu 24 marca 2015 roku


Ojciec pani Ireny Białej, Kazimierz wywodził się z rodziny nauczycielskiej i studiował we Wrocławiu. Po ukończeniu nauki na wrocławskiej uczelni Kazimierz Biały trafił na ziemie zaboru rosyjskiego, w okolice Kutna. Tam otrzymał ze strony zaborcy karę 5 lat zesłania i jednocześnie utratę majątku. Na zesłaniu Kazimierz Biały poznał p. Bartosiewicza, „gorzelanego” z zawodu, z którym uciekł z zesłania – drogą przez Mongolię. Kiedy obydwoje dotarli na Ukrainę, rozpoczynała się tam zawierucha rewolucji bolszewickiej. Z opowiadań ojca p. I. Biała relacjonuje, że komuniści palili wówczas wszystko, co napotykali po drodze, wskutek czego nastąpiła klęska głodu. Dochodziło w tym okresie na ziemiach ukraińskich nawet do plagi kanibalizmu… P I. Biała z opowiadań ojca wspomina też przypadek, gdy bolszewicy ściągnęli z pewnego mężczyzny marynarkę i zniszczyli ją, nazywając go burżujem. Innym razem jeden z rewolucjonistów ściągnął z wieży zegar, a wydłubawszy go ze ściany roztrzaskał o ziemię. Kazimierz Biały wrócił z tułaczki na początku lat dwudziestych XX wieku, gdyż jak wspomina p. I. Biała, walczył w wojsku Piłsudskiego. Nie wiadomo czy za ten epizod w wojnie polsko-bolszewickiej, czy za przejścia w okresie rewolucji bolszewickiej, już po 1945 roku Kazimierza Białego szukali w Stęszewie funkcjonariusze NKWD. Ojciec pani Ireny uciekając ze zsyłki podał jednak imię ojca, czyli Józef i nazwisko Czarny zamiast Biały. Tym sposobem zmylił sowiecką bezpiekę i uchronił się od represji z jej strony. 

Z kolei stryj p. I. Białej – Feliks był lekarzem powiatowym w Rybniku (specjalizacja położnictwo) i walczył między innymi w powstaniach śląskich. Był bliskim współpracownikiem przywódcy powstań śląskich, Wojciecha Korfantego. Obecnie w Rybniku funkcjonuje szkoła dla pielęgniarek oraz szpital, nazwane imieniem Feliksa Białego. Feliks był najstarszym dzieckiem z rodzeństwa Białych, z kolei Kazimierz, ojciec p. Ireny Białej, był najmłodszy. Różnica między obydwoma braćmi była na tyle duża, że jak określiła to p. I. Biała – Feliks mógłby mieć dzieci w wieku Kazimierza. 

Feliks wyemigrował z rodzinnego Śmigla na Śląsk na tyle wcześnie, iż był tam już w momencie wyjazdu Kazimierza Białego na studia do Wrocławia. Także na Śląsku już rodziły się dzieci Feliksa, kuzynostwo p. I. Białej. Młodszy syn Feliksa, Leszek był natomiast najmłodszym przedwojennym oficerem Wojska Polskiego – kapitanem dyplomowanym artylerii. Przebywał później jako attaché wojskowy w Berlinie. W momencie wybuchu wojny w 1939 roku wyjechał z Berlina i dotarł do Warszawy, gdzie chciał dotrzeć do rządu RP. Kiedy dowiedział się, że rząd został ewakuowany na Rumunię, sam też chciał się przedostać do tego kraju przez Ukrainę. Został jednak pojmany przez Armię Czerwoną i zginął podczas zbrodni katyńskiej – jego nazwisko widnieje na liście więźniów obozu w Starobielsku (info za: „Lista katyńska. Jeńcy obozów Kozielsk-Ostaszków-Starobielsk zaginieni w Rosji sowieckiej”, oprac. Adam Moszyński, wyd. Londyn 1982). Jeńcy z tego obozu zostali zamordowani w Charkowie i są pochowani na Cmentarzu Ofiar Totalitaryzmu w Charkowie w Piatichatkach.

Pani Irena Biała miała 7 lat w momencie wybuchu II wojny światowej. Podczas okupacji uczęszczała do niemieckiej szkoły, gdyż jak opowiada, jej mama stanowczo postanowiła, że p. Irena ma się uczyć obojętnie w jakim języku, żeby nie była laikiem. Wg relacji p. Ireny Białej polskie dzieci miały uczyć się od wieku 9 lat tylko przez okres trzech klas – po to, by przyswoić podstawową wiedzę z zakresu rachunków, czytania, pisania itp. Od wieku 13 lat polskie dzieci miały już bowiem obowiązek pracować.

Według relacji p. I. Białej zabudowania toru regatowego rozciągały się od gospodarstwa p. Bartkowskich – były to duże hale, w których składowano kajaki. Pani I. Biała wraz z ojcem chodziła nad Jez. Witobelskie do wspomnianych hal, by oglądać owe kajaki. Pamięta też, że ludzi na zawody dowoziły między innymi specjalne pociągi organizowane z Poznania. Pani I. Biała chodziła także wraz z mamą w okresie okupacji po groch, który Niemcy sprzedawali w pobliżu toru regatowego. Według relacji p. I. Białej hal przy torze już wtedy (w późniejszym okresie okupacji) nie było. 

Jak zeznaje p. Irena Biała, począwszy od ulicy Krótkiej oraz dalej przy ulicy Kościańskiej w Stęszewie podczas wojny znajdowały się magazyny, w których przechowywano między innymi duże ilości porcelany.

Według relacji p. I. Białej fotograf Wasylenko mieszkał w rejonie Placu Kościuszki (p. Biała nie potrafi tego ściślej sprecyzować). Naukę zawodu fotografa pobierała u niego między innymi nieżyjąca już Maria Tonder. Zakład fotograficzny p. Tondrów funkcjonował wg. słów p. Białej od czasów tuż po wojnie – w Stęszewie przy ulicy szkolnej.  

W okresie okupacji u p. Białych przy ulicy Kórnickiej przechowywano ukryte poręcze gimnastyczne (Kazimierz Biały należał do T. G. „Sokół”). Wskutek donosu Niemcy dowiedzieli się o fakcie istnienia tychże poręczy i przyjechali do domu p. Białych przy ul. Kórnickiej celem dokonania rewizji. Mama p. Ireny Białej udała wtedy, że nie wie o jakie przedmioty chodzi. Dokonujący przeszukania przedstawiciele władz okupacyjnych wspomniane poręcze jednak znaleźli i zabrali. Kazimierz Biały do organizacji T. G. „Sokół”  wdrażał już swoich trzech małoletnich synów, co potwierdza zachowane do dziś w archiwach rodzinnych p. Białych zdjęcie. 

Państwo Biali jeszcze przed wojną mieli w miejscu domu rodzinnego w rejonie ulic Kórnickiej i Kościańskiej fabrykę waty do wyściełania siedzeń w autobusach i samochodach. Watę tę produkowano z odpadów krawieckich. Podczas okupacji Niemcy przejęli fabrykę p. Białych i przemianowali na „Spiral und Flash Feider Fabrikation”. W zakładzie tym wytwarzali sprężyny różnego rodzaju – jak oficjalnie utrzymywali, do butelek. Produkcja w fabryce pod auspicjami okupanta była jednak (według relacji p. I. Białej) na tyle utajniona, że najprawdopodobniej elementem produkcji były także sprężyny do broni palnej. 

W fabryce p. Białych, którą na czas wojny przejęli niemieccy okupanci, pracował między innymi Stanisław Waselczyk, który wg. p. I. Białej uprawiał sabotaż, celowo uszkadzając jedną z maszyn produkcyjnych. Była ona bowiem bardzo wrażliwa na piach i pył, dlatego Stanisław Waselczyk umaczał rękę w oleju i potem w piasku, a następni ręką tą dotykał ową maszynę, powodując jej defekt. 

Jak relacjonuje p. Irena Biała, podczas okupacji, w okresie do 1943 roku (czyli momentu przesiedlenia na ul. Mosińską) częstymi gośćmi w domu p. Białych były żony lekarzy, żona dr W. Antkowiaka z dziećmi oraz żona dr Klemensa Gorzyńskiego (który został aresztowany wskutek denuncjacji, a następnie zginął w Forcie VII w Poznaniu). Moment przesiedlenia rodziny Białych nastąpił już po śmierci ojca p. Ireny – Kazimierza (zginął w styczniu 1943 roku). Kazimierz Biały został aresztowany już 11 listopada 1941 roku wraz z grupą Stęszewiaków - członków konspiracji: Władysławem Kuczkowskim, Stanisławem Hałasem, Władysławem Madajczakiem, Marcelim Szyfterem, Bronisławem Alejskim i Stefanem Tabaką. Pięć osób z tej grupy zginęło straconych w więzieniu przy ulicy Młyńskiej, Bronisław Alejski zmarł w niewoli (Fort VII w Poznaniu), a Kazimierz Biały dostał początkowo karę 10-ciu lat ciężkiego więzienia w Rawiczu. Nie odsiedział jednak nawet połowy tej kary i trafił do obozu koncentracyjnego Mauthausen-Gusen, gdzie zginął.  

Podczas II wojny światowej Niemcy budowali autostradę, do której to wykonania używali między innymi jako siły roboczej więźniów żydowskich z obozu we Wronczynie. Autostrada ta miała mieć podobny przebieg, jaki ma dzisiaj droga krajowa nr. 5 i na terenie gminy planowano poprowadzić ją od Zamysłowa obok zabudowań p. Ciołków w rejonie ulicy Kórnickiej, aż do zabudowań p. Owsianów przy ul. Kościańskiej, gdzie miałby się znajdować wylot autostrady. Pale pod budowę tejże autostrady wbijano między innymi w rejonie bagien między dzisiejszymi ulicami Krętą oraz Błoniami i Łąkową. Zaplecze do celów realizacji budowy autostrady znajdowało się na placu w rejonie między ulicami Błonie i Kościańską. Inwestycja prowadzona przez Niemców była już bliska finalnej realizacji, ale ostatecznie przerwało ją jednak zakończenie wojny w 1945 roku. Powstałe wówczas w okolicach budowy nasypy zostały przez rolników rozorane i zniwelowane. 

Kompleks Arbeitsdienstu w Dębienku pani Irena Biała określa jako pięknie urządzony kompleks wczasowy z willami-„zakopiankami” (dla oficerów, kadry dowódczej) i centralnym ogrzewaniem. Większą część terenu zajmowały natomiast baraki dla szeregowych członków Arbeitsdienstu. 

Organizacja konspiracji antyhitlerowskiej Związku Odwetu Okręgu Poznańskiego (część Związku Walki Zbrojnej), t. zw. „Witaszkowcy” miała swoje struktury również w Stęszewie i okolicznych wsiach. Była to odrębna organizacja w stosunku do Narodowej Organizacji Bojowej, w szeregach której także walczyło z Niemcami wielu Stęszewiaków. W ramach organizacji Związku Odwetu byli członkami konspiracji antyhitlerowskiej między innymi państwo Maria i Julian Majewiczowie ze Stęszewa. Naprzeciwko sanktuarium NMP, w miejscu zwanym potocznie koszarami prowadzili oni t. zw. Freibank, czyli „tanią jatkę”. Podmiot ten zajmował się ubojem i dystrybucją mięsa rzekomo gorszego gatunku (zwierzętom celowo łamano np. golenie, by moc uznać takie mięso za towar gorszej jakości), a przez to taniego i łatwiej dostępnego dla Polaków. To właśnie pozyskanym taką drogą mięsem Maria i Julian Majewiczowie wspierali organizację konspiracyjną doktora Witaszka. Mięso to samochodem ciężarowym niemieckiego przewoźnika woził w beczkach nieznany z nazwiska Polak. Dr Witaszek po otrzymaniu tegoż mięsa od stęszewskich organizacji rozdzielał je w dalszej kolejności obywatelom. Według relacji p. Ireny Białej działalność Marii i Juliana Majewiczów w ramach Związku Odwetu Okręgu Poznańskiego (t. zw. Witaszkowców) była tak silnie utajniona, że państwo Majewiczowie uniknęli wpadki wobec agentów Gestapo. Jak zeznaje p. Irena Biała, w czasie okupacji p. Maria Majewicz poprosiła ją pewnego dnia o przyjście po mięso z „taniej jatki”, nie objaśniając szczegółów. Dopiero po wojnie wytłumaczyła p. Białej, że dystrybucja owego mięsa odbywała się w ramach zorganizowanej konspiracji.

Ojciec p. I. Białej – Kazimierz w okolicach Zemska, Słupi i Januszewic podejmował zrzuty zaopatrzenia dla konspiracji. Robił to w ramach członkostwa w organizacji „Odwet”. Jak relacjonuje p. I. Biała, ksiądz z Modrza posiadał radiostację i był w związku z tym kontaktem operacyjnym tejże grupy podejmującej wspomniane zaopatrzenie. Także miejsce przeprowadzania operacji było oddalone od siedlisk ludzkich, aby zminimalizować ryzyko wpadki. Pani I. Biała uściśla nawet, że w ramach zrzutów do członków miejscowej konspiracji trafiała angielska broń, „nie przestrzelona”. 

Jeśli chodzi o organizację „Odwet”, w której członkiem był Kazimierz Biały, p. Irena Biała określa ją jako dużą oraz podkreśla, iż reguły konspiracji musiały być ściśle i rygorystycznie przestrzegane, ponieważ „co druga chata był Niemiec”. Oznacza to niniejszym obecność na tych terenach dużej liczby donosicieli czy agentów Gestapo. Według relacji p. I. Białej, jej ojciec Kazimierz dysponował pieniędzmi organizacji konspiracyjnej, dlatego gdy przypadkowo odkryła z bratem w domu plik banknotów, przykazał on surowo siostrze, aby „nikomu o tym nie mówiła”.

Pierwszy dowódca organizacji Związku Odwetu, czyli dr Franciszek Witaszek (kuzyn p. Ireny Białej) był synem siostry ojca, Zofii i Stanisława Witaszka. Dr Witaszek został aresztowany w 1942 roku, a zginął w styczniu 1943 roku, w jednej z poznańskich katowni. Po jego śmierci żonę Halinę zesłano do obozu w Oświęcimiu, natomiast dwójka z piątki dzieci – Alodia i Daria – trafiła przez niemieckie ośrodki, t. zw. Lebensborny do adopcji w rodzinie niemieckiej. Żonie dr-a Witaszka, Halinie udało się przeżyć i po wojnie odzyskała obie córki. Pozostała trójka dzieci dr-a Witaszka ukrywała się u rodziny. 

Pani I. Biała wspomina też o fakcie, że kiedy jej ojciec pracował przy doprowadzaniu mediów (prawdopodobnie prądu) do „Greiserówki”, jeden z pracujących z nim Polaków głośno powiedział do Niemców, „dlaczego go [Kazimierza Białego] nie aresztujecie? Przecież on jest Powstańcem Wielkopolskim”. Wówczas Kazimierz Biały powiedział do rodziny, że „on się długo nie utrzyma” wobec takiego zagęszczenia donosicieli i zbytniej nadgorliwości niektórych szpicli. Pani I. Biała dodaje też, iż czasy już przed wojną były na tyle niespokojne, że Kazimierz Biały stale nosił przy sobie broń. A – wg. słów p. I. Białej – bywały też momenty, że wystarczyło, by jej ojciec włożył rękę do kieszeni symulując wyciąganie broni dla odstraszenia agresorów. Jak bowiem twierdzi p. I. Biała, jej ojciec miał wielu wrogów. Wspomina też wydarzenie, jak na stodole w zabudowaniach jednej ze stęszewskich ulic ktoś namalował napis: „Biały – Żyd ze złodziejewa”. Całą zaś sytuację K. Biały miał kwitować żartem, kiedy jadąc ze znajomym autobusem pokazał mu ów napis, mówiąc: „patrzcie na moją reklamę”. P. I. Biała snuła w rozmowie przypuszczenia, że posądzenie o pochodzenie żydowskie na feralnym napisie wynikało z aparycji Kazimierza Białego (np. jego ciemnych włosów). Całe zaś zdarzenie, które miało miejsce przed wojną działo się w Stęszewie, czyli na terenach, gdzie silne były organizacyjnie środowiska narodowców oraz powstałego w 1937 roku ozonu, czyli Obozu Zjednoczenia Narodowego (OZN). Według relacji p. Białej członkowie w/w środowisk nosili w klapie marynarki jako swoją zewnętrzną oznakę mały metalowy mieczyk opasany na szczerbcu biało-czerwoną wstęgą (symbol stronnictw narodowych – przyp. aut.). 

P. I. Biała potwierdza, że w okolicy Antonina funkcjonowało niemieckie polowe lotnisko zapasowe. Według jej relacji pozostałe tam w momencie wyzwalania samoloty wojska niemieckie wysadziły w powietrze, uprzednio ściągając z nich paliwo – potrzebne do kontynuowania ewakuacji na zachód. Jak bowiem opowiada p. Biała – wojskowi wykonujący operację niszczenia samolotów na Antoninie, ucieczkę kontynuowali właśnie drogą lotniczą. P. I. Biała wspomina też, że jej bracia po wysadzeniu przez Niemców w powietrze samolotów na Antoninie, przynieśli do domu pozostałe tam po destrukcji aluminiowe skrzydła, chcąc z nich zrobić kajaki. 

W okresie wyzwalania miasta w styczniu 1945 roku krążyła wśród mieszkańców Stęszewa informacja, że okupant niemiecki planował wymordowanie ludności polskiej: kobiety i dzieci miano w tym celu spędzić do kościoła, a mężczyzn na rynek. Obecnie trudno jednak zweryfikować wiarygodność tejże informacji. Pani I. Biała nie potrafi podać skąd konkretnie informacja ta „wypłynęła”. 

Według relacji p. I. Białej żołnierze niemieccy, którzy bronili pozycji w Stęszewie, przyjechali do miasta między innymi ze szkoły w Berlinie w liczbie 200 ludzi – na krótko przed frontem, w nocy 24/25 stycznia 1945 roku. Państwo Biali mieszkali wówczas po wysiedleniu w mieszkaniu znajdującym się na rogu ulic Składowej i Mosińskiej, w budynku bliźniaczym, w którym mieszkali także wtedy p. Szafrańscy i Krzyżańscy. Pani I. Biała określiła, że wraz z rodziną miała mieszkanie „od torów”. Jak wspomina, w noc poprzedzającą wyzwolenie, tj. 24/25 stycznia 1945 roku do okien ich mieszkania zapukali żołnierze niemieccy, twierdząc, że są zmarznięci i chcieliby się ogrzać. Wtedy dziadek p. Ireny Białej wpuścił ich i zaczął z nimi rozmawiać, ponieważ perfekcyjnie znał język niemiecki. Żołnierze owi przyznali wówczas, iż znaleźli się w kotle. Grzejąc się w izbie p. Białych wkręcali natomiast zapalniki w granaty, których mieli ze sobą całą skrzynkę… Tymczasem nad ranem 25 stycznia 1945 roku Rosjanie rozpoczęli ostrzał – od strony lasu przy Jeziorze Lipno. Pociski przelatywały jednak nad dachem domostwa p. Szafrańskich, nie uszkadzając go, gdyż dom ten znajdował się w zagłębieniu w stosunku do pozycji strzeleckich Rosjan. Kiedy rozpoczął się wspomniany ostrzał, Niemcy którzy ogrzewali się u p. Białych wyskoczyli na swoje pozycje obronne i po chwili ostrzał ustał. Do mieszkania wszedł po jakimś czasie jeden z Niemców ze słowami „babcia gotuj obiad! Ruski precz!”, co miałoby świadczyć o odrzuceniu Rosjan. Czerwonoarmiści wycofali się jednak tylko do lasu za Jeziorem Lipno. Po pewnym czasie ostrzał rozpoczął się ponownie. Chwilę potem do mieszkania p. Białych wszedł młody Niemiec i zaczął ogrzewać sobie nogi. Wówczas mama p. Białej zwróciła mu uwagę, by zdjął buty. Żołnierz ów odparł jednak, że nie może tego zrobić, gdyż ma za małe buty i gdyby je zdjął, to nie założyłby ich ponownie. Wtedy mama p. Białej dała mu gorącej kawy i chleba ze smalcem – bo chociaż żołnierz się wzbraniał przed przyjęciem jedzenia (ze względu na krzątające się po izbie dzieci), to mama p. I. Białej chciała mu konsekwentnie pokazać, że Polaków jeszcze stać, by „gościa” skromnie chociażby poczęstować. 

Po upływie chwili czasu do mieszkania p. Białych wszedł drugi żołnierz niemiecki z zapytaniem skierowanym do obecnych w pomieszczeniu Polaków, czy chcą mleka, bo muszą wydoić znajdujące się na terenie roszarni krowy. W odpowiedzi mama p. Białej wysłała syna-brata p. Ireny z dzbankiem. Wrócił on po pewnym czasie blady na twarzy, ponieważ okazało się, że żołnierze niemieccy chodzili swobodnie po terenie roszarni, myśląc że Rosjanie zostali odrzuceni na dalsze pozycje. Tymczasem jak zauważył brat p. Ireny, zwiadowcy rosyjscy w liczbie pięciu żołnierzy podczołgali się do rowu przy torze kolejowym i obserwowali z ukrycia ruchy Niemców. W dalszej kolejności do mieszkania p. Białych wpadł na krótko żołnierz niemiecki krzycząc „kreuzfeuer! kreuzfeuer!”, co znaczy „krzyżowy ogień!”, po czym uciekł. Młodego Niemca, który poprzednio ogrzewał sobie nogi i posilał się, wówczas w mieszkaniu już nie było. Tymczasem zwiadowcy radzieccy wskoczyli do stodoły znajdującej się w miejscu obecnego przystanku autobusowego i stamtąd otworzyli ogień w stronę mieszkania p. Białych, myśląc błędnie, że tam wciąż znajdują się żołnierze niemieccy. Kiedy Rosjanie zorientowali się w tej sytuacji, weszli do mieszkania i zaczęli stamtąd ostrzeliwać Niemców broniących się na terenie roszarni – między innymi ukrywających się w drewnie składowanym na placu u Dietza/Kowalewskiego (vis-a-vis roszarni jak określiła p. I. Biała). 

Pani Irena Biała relacjonuje, że żołnierz niemiecki, który pełnił rolę obserwatora na wieży kościoła ewangelickiego, zastrzelił biegnącą z dzieckiem p. Bartkowiakową, mieszkającą (jak mówi p. I. Biała) w roszarni. Owa zastrzelona p. Bartkowiakowa biegła wtedy do domu od p. Szafrańskich. Widzący całe zdarzenie mąż zastrzelonej wybiegł, by ratować dziecko, które jego żona niosła na rękach. Wtedy żołnierz-obserwator niemiecki odstrzelił mu palec. Tymczasem kiedy żołnierze radzieccy zlokalizowali owego obserwatora, zlikwidowali go. 

Wg. relacji p. I. Białej stogi roszarniane zapaliły się od ognia artyleryjskiego Rosjan, ponieważ strzelali oni pociskami zapalającymi. 

Po przejściu frontu do domu p. Białych mężczyźni-cywile przynieśli rannego Rosjanina, który miał przestrzelone nogi. Pielęgnowała go potem Ukrainka, która już wcześniej mieszkała w Stęszewie i znając język rosyjski mogła się bez problemów z owym rannym porozumieć. Gdy później przyszli żołnierze radzieccy, zawiadomieni o fakcie, że w domu p. Białych jest ranny, nie zabrali go, tylko zastrzegli zebranym w domu Polakom, że mają o tegoż żołnierza radzieckiego dbać, bo jeśliby zmarł, to oni zostaną wszyscy wymordowani. Rannego zabrali dopiero przybyli w dalszej kolejności sanitariusze. 

Tymczasem w pomieszczeniach roszarni na biurku leżał ranny Niemiec. Jak relacjonuje p. I. Biała, został on przez Rosjan zatłuczony pięściami na śmierć. Natomiast przy zabudowaniach p. Szafrańskich leżał poległy młody Rosjanin, zabity przez Niemców ostrzeliwujących się z terenu roszarni. Pani I. Biała podkreśla, że ślady po kulach w miejscu jego śmierci utrzymywały się jeszcze bardzo długo. 

Mówiąc o wydarzeniach w rejonie domu na ul. Mosińskiej, p. I. Biała wspomina, jak oficer radziecki dyscyplinował kopniakiem pewnego szeregowca, ładującego na zbyt otwartej przestrzeni bęben amunicyjny karabinu maszynowego. Wówczas jeszcze bowiem Niemcy nie zostali całkowicie wyparci z zabudowań miasta i groziło niebezpieczeństwo utraty życia wskutek zabłąkanej kuli snajperskiej. 

Pani I. Biała mówiąc o pożarze stogów lnianych uściśla też, że paliły się nie tylko stogi na polach za przejazdem kolejowym w stronę Trzebawia, ale również stogi znajdujące się na samym terenie roszarni. P. I. Biała zapamiętała bowiem, że przez przestrzelone okna wlewał się do mieszkania żar bijący właśnie od stogów palących się w obrębie roszarni, za bocznicą kolejową. 

Pani I. Biała wspomina też o wydarzeniu z okresu wyzwalania Stęszewa i okolic, kiedy jeszcze przed nadejściem Rosjan grupy Niemców nadciągały pojazdami od strony siedziby Arthura Greisera w Jeziorach. Powtarzano wówczas ustnie między mieszkańcami informację, że to sam A. Greiser ewakuował się na zachód. Trudno jednak tą informację p. I. Białej zweryfikować. 

Pani I. Biała relacjonowała również o fakcie bezczeszczenia zwłok Niemców poległych w okolicach cmentarza. Między innymi zdarzył się wówczas przypadek obnażenia zwłok jednego z Niemców ze spodni i usadzenia tegoż poległego na lufie armatniej, odwróconego tyłem. Zdarzały się również przypadki obcinania palców, na których były obrączki. Pani Irena Biała opisując zróżnicowane zachowanie żołnierzy opowiada, że były zarówno przypadki obdarowywania dzieci przez czerwonoarmistów jabłkami, jak również przypadki, kiedy żołnierki radzieckie chodziły na potańcówki w koszulach nocnych, myśląc, że to sukienki…

Relacja p. I. Białej potwierdza istnienie podczas okupacji w kościele farnym magazynu odzieżowego, w którym były zmagazynowane między innymi mundury i kożuchy oraz… „dyscypliny” do bicia. 

Według relacji p. I. Białej aprowizację po wyzwoleniu mieszkańcy załatwiali we własnym zakresie (jeśli ktoś np. miał drób czy inny inwentarz). Natomiast po pierwszy powojenny chleb stęszewiacy udawali się do piekarni uruchomionej na ulicy Kosickiego, w zabudowaniach p. Alejskiego, obok p. Kręców. Piekarzem był tam wówczas ojciec p. Haliny Kaczmarek, żony Leona. Pani I. Biała wspomina, że gdy chleb był wydawany, mieszkańcy walczyli o każdy bochenek. Jak mówi p. Biała: „kto się dopchał, ten dostał”. W tym miejscu p. Biała dodaje też, że piętrowy budynek, który stał zaraz za piekarnią Cz. Skorackiego był najprawdopodobniej jedynie magazynem mąki. 

P. I. Biała opowiada natomiast, że trzy wiatraki stały przy ulicy Kórnickiej (która dawniej nosiła nazwę ulicy Przemysłowej). Jeden należący do p. Wysockiego znajdował się za obecną posesją p. Wysockich, w miejscu zabudowań mieszkalnych p. Sobańskich. Drugi wiatrak – Sobkowiaków - stał na placu przy obecnym Motelu 2000. Trzeci wiatrak, należący do Walkowiaków stał przy ulicy Kościańskiej na odcinku w połowie między Motelem 2000 a ulicą Błonie, za obecnym domostwem p. Bąków. Wiatrak ten wg. relacji p. Białej był już jednak nieczynny. 

  






Wywiad z Kazimierzem Jabłeckim, przeprowadzony w jego mieszkaniu w Stęszewie w dniu 2 kwietnia 2015 roku


P. Kazimierz Jabłecki w momencie wybuchu wojny w 1939 roku miał 13 lat i od urodzenia mieszkał w Stęszewie. Najpierw pracował u swojego ojca w zakładzie kowalskim przy ulicy Kościańskiej (w obecnym miejscu zamieszkania K. Jabłeckiego), a następnie podczas okupacji jako kowal u Niemca o nazwisku Wiedemann. Niemiec ten miał swój zakład przy ulicy Kościańskiej, w miejscu gdzie kiedyś funkcjonował zakład przerobu gumy „Plastgum”. W zakładzie tym pracował między innymi z K. Jabłeckim Marian Stańka, późniejszy członek T. G. „Sokół”, którego rodzina miała przed wojną zakład rzemieślniczy naprzeciwko cmentarza, przy ul. Bukowskiej (w miejscu tym funkcjonuje dzisiaj firma p. Andrzejewskiego).    

Do momentu wyzwolenia funkcjonował w Stęszewie fotograf Izaak Wasylenko. Według relacji K. Jabłeckiego mieszkał on za budynkiem rodziny Tabertów, między obecnymi domostwami państwa Sobolewskich a zabudowaniami państwa  Janowiczów, w domu w którym aktualnie mieszkają p. Gmurowscy. Izaak Wasylenko przebywał w Stęszewie jeszcze krótko po wojnie, a potem wyjechał.

Ludności żydowskiej w Stęszewie nie było wg. K. Jabłeckiego odkąd sięga pamięcią. Żydzi mogli zatem egzystować w mieście najpóźniej do lat dwudziestych XX wieku. K. Jabłecki pamięta natomiast, że cmentarz żydowski, który znajdował się przy ulicy Kórnickiej, był zarośnięty i mieszkańcy chodzili tam, by zrywać dziko rosnące kwiaty. Kirkut stęszewski miał zgodnie ze słowami K. Jabłeckiego wielkość kwadratu o bokach 40-50 metrów.  

K. Jabłecki został wraz z grupą mieszkańców Stęszewa zmobilizowany przez okupanta do kopania rowów obronnych w rejonie Swarzędza (lato 1944 r.) i w rejonie Włocławka (do Świąt Bożonarodzeniowych 1944 r.). Podczas wykonywania prac przymusowych w rejonie Włocławka, grupa robotników z K. Jabłeckim kwaterowała w trudnych warunkach w stodołach na słomie – nawet w okresie zimowym i przy dużym spadku temperatur. Z niedogodnymi warunkami ludzie radzili sobie na różne sposoby. Przykładowo jak relacjonuje K. Jabłecki, on wraz z kolegami budował sobie ze słomy konstrukcję na wzór wigwamu, który po zasunięciu słomy tworzył coś w rodzaju „płaszcza cieplnego”. Część towarzyszy niedoli budowała w wolnej części stodoły „półziemianki”, w których chowali się tak, że wystawały im jedynie głowy. Tymczasem grupa robotników, w której był pan Kazimierz Jabłecki została w dalszej kolejności przeniesiona na odcinek Dębiec-Luboń-Żabikowo, gdzie również kopała rowy obronne – do stycznia 1945 roku, czyli momentu wyzwolenia tych ziem przez Armię Czerwoną. Kazimierz Jabłecki wrócił wówczas do Stęszewa ostatnim pociągiem, jaki z Poznania wyjechał w kierunku Grodziska Wielkopolskiego – do Stęszewa dotarł o północy, 2-3 dni przed wyzwoleniem miasta. Jak wspomina K. Jabłecki – na dworcu stęszewskim bezpośrednio w okresie wyzwalania miasta nie było obsługi. Prawdopodobnie wszystkie siły mobilizowano do obrony innych punktów w Stęszewie. 

K. Jabłecki przytacza w swojej relacji fakt, iż ludność niemiecka została ewakuowana ze Stęszewa na 1-3 dni przed wyzwoleniem. Natomiast w momencie, kiedy K. Jabłecki wrócił do Stęszewa krótko przed oswobodzeniem miasta, idąc z dworca kolejowego w kierunku domu był świadkiem jak w stęszewskim magistracie okupant palił dokumenty, a Niemka mieszkająca w zabudowaniach p. Węclewskich, w domu za kanałem,  pakowała dobytek na wóz konny celem ewakuowania się. 

Z kolei Niemka, która prowadziła sklep rzeźnicki przy rynku (drugi dom na lewo przy wylocie ulicy dr-a Białego), miała w końcowym okresie wojny uratować jednego z młodych mieszkańców Stęszewa, który przebywał w Żabikowie. Polak ten był wcześniej pracownikiem wspomnianej Niemki w sklepie rzeźnickim. Niemka ta tłumaczyła władzom niemieckim, że chce wyjechać do „Heimatu” (ojczyzny), a nie ma kto prowadzić koni ciągnących wóz z dziećmi i ewakuowanym dobytkiem. 

K. Jabłecki uściślił też, że w czasie okupacji funkcjonowały osobno: zarząd miejski (w budynku magistratu na miejscu obecnego domu kultury) oraz zarząd wiejski (w szarym budynku za pocztą, w kierunku Poznania). W momencie powrotu K. Jabłeckiego do Stęszewa wszystkie te instytucje były już zlikwidowane wobec przygotowań okupanta do obrony miasta. 

W grupie osób pracujących wraz z Kazimierzem Jabłeckim przy kopaniu rowów obronnych był Bohdan Majewicz z „Chmielnik”. Z rozmowy obu panów tuż po wojnie wynika, iż podczas przerzucania wspomnianej grupy robotników z jednego miejsca kopania rowów do drugiego, ów Bohdan Majewicz uciekł z transportu tychże robotników i usiłował pieszo dotrzeć do domu. Został jednak złapany i za popełnione przewinienie osadzony w obozie karno-śledczym w Żabikowie. Z rozmowy z Bohdanem Majewiczem Kazimierz Jabłecki dowiedział się, że w trakcie osławionego „marszu śmierci” w 1945 roku, czyli pospiesznej ewakuacji więźniów dotarli oni (a raczej część z nich – wiele osób zmarło po drodze) pieszo aż do portu w Lubece. Więźniów ewakuowano przez Buk, ponieważ – jak relacjonuje K. Jabłecki – okolice Grodziska Wlkp. były już wówczas opanowane przez wojska radzieckie. W Lubece więźniów z Żabikowa umieszczono na unieruchomionym okręcie jako „żywe tarcze”, aby alianci nie bombardowali portu. Do nalotów jednak doszło – Bohdan Majewicz zdołał przeżyć atak lotniczy i dotarł do Francji, gdzie przeszedł kurację/rehabilitację. Po odbyciu leczenia zdołał wrócić do domu. Bohdan Majewicz zmarł 2 lata po rozmowie z Kazimierzem Jabłeckim, czyli około 1948 roku. 

Tymczasem na temat warunków panujących w obozie w Żabikowie K. Jabłecki rozmawiał z Adamskim, bratem komendanta milicji. Z relacji tej wynika, że p. Adamski pracował w obozie jako murarz i nie wolno było jemu czy też współosadzonym razem z nim oglądać się za siebie, lub na boki. Więźniowie nie mogli bowiem wiedzieć, co dzieje się w obozie czy jego najbliższym otoczeniu. Wszystkiego pilnował strażnik i wszelkie odstępstwa od tegoż nakazu surowo karał. Pan Adamski w rozmowie z K. Jabłeckim opowiedział też, że więźniowie z Żabikowa, którzy byli skazani na śmierć i czekali na wykonanie wyroku, byli oznaczani poprzez malowanie specjalnych znaków farbą na policzkach. Niektórzy spośród tych osadzonych czekali na wykonanie kary śmierci na tyle długo, że farba na policzkach powodowała ropniejące rany i wdanie się zakażenia. Ponadto więźniowie z Żabikowa skazani na śmierć byli dodatkowo poddani upokarzającym czynnościom – musieli bowiem gołymi rękoma opróżniać toalety z ekskrementów. 

Jeśli chodzi o zbrodnię wojenną w lesie Dębienko, K. Jabłecki wspomina, iż zapach unoszący się z miejsca zbrodni podczas palenia zwłok latem-jesienią 1944 roku był odczuwalny także w samym Stęszewie (konkretnie w zakładzie kowalskim Wiedemanna przy ul. Kościańskiej, gdzie K. Jabłecki pracował podczas okupacji).  

K. Jabłecki wspomina, że na poziom życia mieszkańców Stęszewa wpłynęło ograniczenie przez Niemców podczas okupacji produkcji zakładów roszarniczych do wstępnej obróbki lnu – roszenia naturalnego. K. Jabłecki potwierdza fakt, że okupant zaawansowane maszyny wywiózł ze Stęszewa. Wspomina też, że w roszarni pracowali raczej mieszkańcy okolicznych wsi, ponieważ ludność samego miasta wybierała zatrudnienie w Poznaniu. 

Kościół ewangelicki, który istniał w Stęszewie u zbiegu obecnych ulic Poznańskiej i Wojska Polskiego, miał wg. K. Jabłeckiego ucierpieć w niewielkim stopniu. Oprócz wieży zniszczony był tylko dach od strony ul. Wojska Polskiego. Uszkodzenia te były zdaniem K. Jabłeckiego „do odbudowania”, jednak napraw tych zaniechano z powodu niechęci do wszelkiego mienia poniemieckiego. Brak woli odbudowy kościoła ewangelickiego wynikał zatem z chęci odwetu za niszczenie śladów polskości (także tych architektonicznych) przez okupanta niemieckiego w początkowej fazie wojny. K. Jabłecki potwierdza w rozmowie, że pastor obsługujący stęszewską gminę ewangelicką mieszkał w domu obok kościoła na stałe. Z kolei na prawo od kościoła mieściła się szkoła ewangelicka, do której chodziły także polskie dzieci z klas 6 i 7. M. in. K. Jabłecki ukończył tutaj 6 klasę tuż przed wybuchem wojny.  

K. Jabłecki wspomniał podczas rozmowy o fakcie rozerwania się w pobliżu jego domu rodzinnego pocisku artyleryjskiego – działo się to podczas wyzwalania Stęszewa w 1945 roku. W jednym z okien wskutek siły wybuchu wyleciały szyby, a K. Jabłecki schronił się wraz z rodziną w piwnicy znajdującego się obok t. zw. „Deutsche Haus-u” (w latach późniejszych między innymi także siedziby przedszkola). Z momentu wyzwalania Stęszewa K. Jabłecki zapamiętał też, że wskutek ostrzału ucierpiały też częściowo budynki przy ulicy Grobla, które nosiły ślady kul. Już po ustaniu walk w tym samym miejscu, tj. w rejonie ulicy Grobla zatrzymała się ciężarówka z żołnierzami radzieckimi, których witali mieszkańcy z kwiatami. Wśród grupy witających żołnierzy osób Kazimierz Jabłecki zapamiętał Adamskiego, późniejszego komendanta milicji w Stęszewie.

Wśród wujostwa K. Jabłeckiego Władysław Alejski zginął pod Warszawą w trakcie wojny obronnej 1939 roku. Natomiast wuj (matki brat) Bronisław Alejski zginął w Forcie VII w Poznaniu. Z kolei kuzyn Tolimir Kozłowski (matki siostry syn, imię ojca Józef), ur. 8 czerwca 1918 roku w Stęszewie był członkiem załogi bombowca Wellington, latając w szeregach 305 Dywizjonu Bombowego. Dosłużył się rangi podporucznika. Zginął 29 stycznia1943 roku, prawdopodobnie w rejonie Rade de Brest we Francji. Spoczywa w mogile wojennej na Cmentarzy Komunalnym w Brest Kerfautras we Francji. Tolimir Kozłowski, kuzyn K. Jabłeckiego był też bratankiem znanego w Stęszewie rymarza Leona Kozłowskiego. Rzemieślnik ten miał zakład w swoim domu, mieszczącym się w nie istniejącym już budynku przy ulicy Kosickiego, w miejscu gdzie obecnie funkcjonuje zakład wulkanizatorski „Markgum”. Tutaj też – jak relacjonuje K. Jabłecki – Leon Kozłowski miał swój mały przyzakładowy sklepik (funkcjonował on po wojnie przez krótki okres czasu).  

Według relacji K. Jabłeckiego po starciu niemiecko-radzieckim w rejonie cmentarza, kiedy to żołnierze Armii Czerwonej ostrzeliwali z rejonu Krąplewa uciekające jednostki Wehrmachtu, pozostały na szosie do Buku rozbite 2-3 samochody niemieckie. W samym Krąplewie natomiast miał wg. słów K. Jabłeckiego utopić się czołg radziecki – podczas przeprawy przez bagna i rozlewiska w rejonie kanału Samica.  

Po zakończeniu wojny w maju 1945 roku, na stęszewskim rynku odbywały się akademie z okazji kolejnych rocznic tego wydarzenia. Przemawiali na nich miedzy innymi burmistrzowie miasta czy też komendant milicji, Adamski. 

Kazimierz Jabłecki wspomina, że w okresie powojennym w rejonie ulicy Kosickiego funkcjonowały aż cztery piekarnie: pierwsza na rogu ulic Kościańskiej i Kosickiego, należąca do Cz. Skorackiego; druga piekarnia – Alejskich funkcjonowała w budynku pod balkonem (jak określił to K. J.), znajdującym się za nieistniejącym obecnie domem p. Kozłowskich, w stronę rynku; prowadziła ją żona p. Alejskiego, który zginął w 1939 roku pod Warszawą, w trakcie wojny obronnej; piekarnia p. Alejskich funkcjonowała jeszcze w początkowym okresie okupacji, następnie zastała zamknięta i otwarta zaraz po wyzwoleniu; trzecia piekarnia, należąca do p. Kręców została otwarta w nieco późniejszym okresie niż pozostałe; czwarta piekarnia, za domostwem p. Kręców należała do rodziny Nowickich. Jak wspomina K. Jabłecki – przez pewien okres wszystkie cztery w/w piekarnie pracowały jednocześnie. Ponadto piekarnie funkcjonowały też przy ul. Kościańskiej (p. Weychanów, istniała przed wojną i po wojnie) oraz przy ul. Kościelnej, naprzeciwko kościoła farnego (ta piekarnia istniała jeszcze przed wojną). 

Przed wojną i zaraz po wojnie w Stęszewie funkcjonowało pięciu kowali: Czyż, Rakowski,  Piotrowski, Jabłecki i Marcinkowski (dwaj ostatni mieli swe zakłady blisko siebie – przy ul. Kościańskiej, za Sanktuarium NMP w stronę rynku).

Kazimierz Jabłecki w 1947 roku został powołany do wojska, gdzie przebywał przez 1,5 roku. Następnie od razu po odbyciu służby wojskowej podjął pracę w Zakładach im. H. Cegielskiego w Poznaniu – jednocześnie doskonaląc zawód na kursie organizowanym przez Izbę Rzemieślniczą. Kursy te były przygotowaniem do egzaminu mistrzowskiego (dotychczas K. Jabłecki posiadał uprawnienia czeladnicze).








Wywiad z Tadeuszem Strykowskim, przeprowadzony w jego mieszkaniu w Stęszewie w dniu 6 marca 2015 roku


Tadeusz Strykowski miał 11 lat w momencie wybuchu wojny. Przed napaścią niemiecką na Polskę mieszkał wraz z rodziną w Słupi k. Stęszewa. W 1939 roku wujowie T. Strykowskiego przebywali na Śląsku i z tego powodu wuj Jan musiał – jak wielu Polaków z tego niemieckiego wówczas regionu – walczyć w Wehrmachcie. Gdy trafił na front, udało mu się jednak zdezerterować przy pierwszej nadarzającej się okazji. Wyjechał wówczas do Anglii, skąd wrócił na Śląsk po zakończeniu wojny.

Drugi z wujów T. Strykowskiego, Stanisław organizował konspirację AK-owską na terenie Żor, na Śląsku – dowodził w tym okresie plutonem żołnierzy. Jego działalność w podziemiu przerwało aresztowanie przez Niemców. 6 tygodni przesiedział wówczas w niewielkiej celi, wypełnionej do wysokości kolan wodą. Koniec wojny nie oznaczał dla Stanisława Strykowskiego, wuja Tadeusza końca prześladowań, gdyż tym razem aresztowali go funkcjonariusze polskiego Urzędu Bezpieczeństwa. 

W 1939 roku w okolicach między Piekarami a Jeziorkami stało ok. 6 sztuk polskich samolotów. Według relacji T. Strykowskiego były to samoloty dwupłatowe (PWS 16/bis lub PWS-26, szkolne, w czasie wojny jako łącznikowe). Samoloty te stały bez paliwa i prawdopodobnie zostały później przez okupanta zniszczone. 

T. Strykowski podaje też, że w 1939 roku podczas wojny obronnej w rejonie Trzcielina i Lisówek doszło do potyczek żołnierzy Wojska Polskiego z jednostkami Wehrmachtu. 

Relacja T. Strykowskiego potwierdza, że w stęszewskim kościele farnym funkcjonował podczas okupacji niemieckiej obficie zaopatrzony magazyn odzieżowy, w którym znajdowały się między innymi kalesony, skarpety czy też kożuchy. Wszystkie te rzeczy były elementami umundurowania żołnierzy niemieckich i stanowiły zapasy Wehrmachtu. T. Strykowski, podobnie jak wielu innych mieszkańców Stęszewa, po opuszczeniu miasta przez Niemców „zaopatrzył” się w owym magazynie w ciepłe ubrania. 

W Dębienku pod lasem funkcjonowała w czasie wojny jednostka Arbeitsdienstu. T. Strykowski podaje, że zabudowania w tejże jednostce tworzyły 2-3 ładne domki oraz kilka baraków. 

Podczas okupacji niemieckiej w majątku w jeziorkach niemieckim właścicielem ziemskim był niejaki Buschow. Zgodnie z wypowiedzią T. Strykowskiego Niemiec ten zachowywał się bardzo dobrze w relacjach z Polakami, toteż mniej więcej w połowie wojny zastąpił go bardziej bezwzględny Wille. Tenże bił Polaków z byle powodu. Później ów Wille przebywał w obozie karno-śledczym w Żabikowie – aż do momentu osławionego marszu więźniów, ewakuowanych przez Niemców przed nadciągającą Armią Czerwoną. Podczas marszu ewakuacyjnego Wille oddalił się z grupy więźniów w Jeziorkach , a stamtąd podjął ucieczkę na zachód wozem tzw. „jednokonką”.

T. Strykowski wspomina, że w budynkach – nie istniejących już dzisiaj stodołach przy ul. Kościańskiej Niemcy przechowywali w dużej ilości kajdanki, w których można było skuć obok siebie czterech aresztantów. Wspomniane stodoły znajdowały się w miejscu, w którym funkcjonuje współcześnie market Dino.  

Tadeusz Strykowski pracował w końcowym okresie wojny w fabryce Focke-Wulfa na poznańskich Krzesinach. T. Strykowski wspomina, że została ona zbombardowana pewnego roku w dzień Zielonych Świątek. Podczas tegoż ataku powietrznego Rosjanie zrzucali wraz z bombami folie metalowe dla zagłuszenia/zmylenia radarów przeciwnika. 

W styczniu 1945 roku Armia Czerwona wkraczała do wyzwalanego Stęszewa od strony Poznania. Podczas oswobadzania miasta jeden żołnierz niemiecki zginął w okolicach posterunku policji. 

Podczas wyzwalania Stęszewa najwięcej Niemców – wg. relacji T. Strykowskiego co najmniej 50-ciu – zginęło w okolicach cmentarza wskutek ostrzału artyleryjskiego, prowadzonego przez Rosjan z rejonu Krąplewa. W/w poległych żołnierzy chowali jeńcy niemieccy. Zwozili oni zwłoki kolegów do mogiły wykopanej za nieistniejącą dzisiaj kapliczką cmentarną na byłej niemieckiej nekropolii (obecnie to fragment cmentarza parafialnego w Stęszewie). Ciała poległych żołnierzy jeńcy niemieccy zwozili furmanką z dyszlem, osobiście przez nich ciągniętą. Po zakończeniu grzebania zwłok wykonujący te prace jeńcy niemieccy zostali wg relacji T. Strykowskiego także zabici i pogrzebani w wykopanej przez nich uprzednio mogile za kapliczką cmentarną.

Po przetoczeniu się frontu przez Stęszew na lotnisku w Antoninie pozostało 4-6 samolotów niemieckich, które nie miały już czasu/paliwa, by wzbić się w powietrze i uciec. Samoloty te Rosjanie zniszczyli/zezłomowali.

Tuż po wojnie komendantem milicji był Adamski. T. Strykowski relacjonował, że funkcjonariusz ten zatrzymywał przejeżdżających przez Stęszew Cyganów i zabierał im kosztowności, w tym złoto. Kiedy więc w tym okresie miał zjawić się w Stęszewie oddział Urzędu Bezpieczeństwa, wspomniany komendant Adamski domniemywał, że to w celu aresztowania go, wg. relacji T. Strykowskiego zaczął się ostrzeliwać. Walki prowadzone przez UB w sile plutonu trwały około pół dnia. Ostatecznie komendant Adamski, widząc beznadziejność swojego położenia popełnił samobójstwo. 

T. Strykowski pracował w okresie styczeń-czerwiec 1945 roku w naprędce zorganizowanym posterunku milicji w Słupi koło Stęszewa. Była to formacja ochotnicza, powołana do utrzymania porządku publicznego na dopiero co wyzwolonych terenach. W czasie pełnienia w/w funkcji T. Strykowski mieszkał w Słupi. W dalszej kolejności T. Strykowski pracował (3-4 lata) w restauracji p. Dziubały, późniejszej „Broniszance”, znajdującej się przy stęszewskim rynku. 

W latach 1949-1952 T. Strykowski przebywał w wojsku. Służył wtedy w jednostce saperskiej w Gorzowie Wielkopolskim i uczestniczył w rozminowywaniu Międzyrzeckiego Rejonu Umocnionego w okolicach Kostrzyna nad Odrą. 





B. Antkowiak - portret


Wywiad przeprowadzony z Panią Bożeną Antkowiak  w dniu 17 kwietnia 2015 roku w jej domu w Stęszewie przy ul. Ogrodowej przez Katarzynę Jóźwiak – Muzeum Regionalne w Stęszewie.

K.J. Kiedy i gdzie się Pani urodziła?

B.A.  Urodziłam się 13 października 1922 roku w Stęszewie w domu ,,Pod złotą kulą,, obecnie ul.Kosickiego 12.

Moim ojcem był Wacław Majewicz, który prowadził zakład rzeźnicki a mamą Jadwiga z domu Fabiś. Rodzice pobrali się 15 stycznia 1910 roku, mama wtedy miała 17 lat a ojciec był o 20 lat starszy. Długiego narzeczeństwa nie było bo ojciec bał się, że ktoś morze mu odbić taką młodą dziewczynę.

K.J. Jak się Pani dowiedziała, że wybuchła wojna?

B.A. Siedzieliśmy całą rodziną przy obiedzie i usłyszeliśmy wybuchy bomb, dochodziły od strony Strykowa. Po południu do naszego mieszkania przyszedł Bąkowski, który był roznosicielem zarządzeń i ogłoszeń urzędowych. Kazał nam uciekać w stronę Kutna, bo  będzie wysadzany most na Samicy i nie przejdziemy przez rzekę. Mój ojciec nie chciał uciekać, ale mieszkała z nami bratowa z dziećmi i ona namówiła ojca do ucieczki. Uciekliśmy konno do Trzebawia i spędziliśmy tam dwie noce, po których ojciec zadecydował o powrocie do Stęszewa.

K.J. Czy pamięta Pani wkroczenie wojsk niemieckich do Stęszewa?

B.A. Pamiętam, że najpierw pojawili się żołnierze niemieccy na motorach, a po nich samochodami ciężarowymi przywieziono wojsko.

Chodzili po wszystkich domach i szukali broni. Zaczął się czas przymusowych robót i najróżniejszych zakazów. 

K.J. Czy Pani też dostała nakaz pracy?

B.A. Ja w chwili wybuchu wojny miałam 17 lat, więc też dostałam nakaz pracy. Początkowo chodziłam codziennie pieszo do Strykowa z wieloma innymi ludźmi ze Stęszewa i równaliśmy ziemię pod lotnisko. Potem dostałam nakaz pracy do „Roszarni” i pracowałam tam do maja 1940 roku, kiedy to nasza rodzina została wysiedlona za Warszawę. Pamiętam dokładnie ten dzień. Wracałam od cioci z ulicy Laskowej przez plac Kościuszki i zatrzymał mnie pan Vogel. Powiedział mi, że w moim domu są Niemcy i dostaliśmy nakaz wysiedlenia i żebym tam nie wracała. Dali  jedną godzinę na spakowanie rzeczy.

Mama przekazała mi żebym nie pokazywała się w domu, to wtedy nie będę wywieziona. Poprosiła mnie abym została na miejscu i opiekowała się 2 –letnią córeczką mojej siostry, która zmarła przy porodzie i dotychczas była wychowywana przez moją rodzinę wspólnie ze szwagrem. Tak też zrobiłam. Na wysiedlenie pojechali rodzice i czworo mojego rodzeństwa. Wuja Szyfter zawiózł mnie  z małą do babci do Sapowic.  Bywało bardzo różnie, przeważnie źle. W tym czasie nigdzie nie pracowałam bo byłam wymeldowana. Nie miałam też kartek żywnościowych i żadnych pieniędzy. W 1943 roku zmarł mój szwagier. Wtedy siostrzenica Marysia została sierotą. Trzeba było coś zaradzić. Pomógł mi pan Lepczyński, który był znajomym moich rodziców. Zameldował mnie u siebie, dzięki temu dostałam nakaz pracy i kartki żywnościowe. Przeniosłam się wtedy z małą Marysią do siostry mojej mamy, cioci Piskorzowej.  Początkowo pracowałam u Hotysów w Rynku, którzy mieli sklepy i magazyny z odzieżą. Prowadziłam im dom.  Mieli dwóch synów i córkę. Córka Keita pracowała na poczcie. Jeden syn był kawalerem, walczył na froncie wschodnim i tam zginął.  Drugi był żonaty i też walczył, ale tu w Stęszewie mieszkała jego żona z dwójką małych  dzieci.  

Przed Wielkanocą 1944 roku starsza Hotysowa zarządziła malowanie. Ja sprzątałam po malowaniu a że było bardzo zimno, okna pootwierane to mnie zawiało. Byłam poważnie chora, cierpiałam na okropny ból głowy, nie mogłam się schylać.  Przestałam pracować u Hotysów i dostałam skierowanie do pracy przy produkcji sprężynek do karabinów na ulicy Kórnickiej.

K.J .Jak wspomina Pani wyzwolenie Stęszewa?

B.A. Właściwie nastąpiło to bardzo szybko. Rano byłam jeszcze w pracy, a wieczorem Niemcy ładowali się na wozy i uciekali w stronę Buku. Ja poszłam wtedy do Marysi Majewicz do szpitalika na ulicę Laskową. Tam stołem zabarykadowałyśmy okno i ze strachem czekałyśmy co będzie. Było słychać jakieś wybuchy, a potem zapadła cisza. Po jakimś czasie pukanie do drzwi. Strach otworzyć, ale w końcu otwarłyśmy. Do pokoju wszedł wujek Piskorz i mówi „tu siedzicie a Ruski już na Rynku”. Od ludzi dowiedziałam się później, że Roman Sytniejewski witał wyzwolicieli na Rynku w Stęszewie  bukietem kwiatów.

K.J. Czy jest coś co chciałaby Pani jeszcze powiedzieć o okresie okupacji?

B.A. Tak, zacznę od tego, że dziś na pewno bym tak nie postąpiła, ale wtedy byłam młoda. Któregoś dnia, gdy pracowałam u Hotysów, starszy pan Hotys powiedział mi, że mam zamiatać podwórze. Ja się wtedy uparłam i powiedziałam, że nie będę tego robić bo w domu mam dosyć pracy. Wtedy zapytał mnie jeszcze dwa razy czy będę zamiatała podwórze, a ja mu dwa razy odpowiedziałam, że nie. Zaczął się ubierać i powiedział, że idzie ze skargą. Ubrał się odświętnie Wyszedł na Rynek i wtedy wybiegła za nim jego żona. O czym rozmawiali nie wiem ale wrócili razem do domu. Hotysowa oznajmiła mi, że mam rano chodzić po bułki a ona będzie zamiatała podwórze.  Dziś myślę, że byli zadowoleni z mojej pracy i mieli do mnie zaufanie, przecież nie raz zostawiali mnie ze wszystkim samą. No ale to wszystko mogło skończyć się dla mnie dużo gorzej.

K.J. Na koniec chciałabym się jeszcze dowiedzieć, jak i kiedy Pani rodzina wróciła z wysiedlenia?

B.A. Jak powiedziałam na początku moja rodzina całą okupacje spędziła za Warszawą we wsi Gródek. Było im tam bardzo ciężko. Wrócili do Stęszewa w marcu 1945 roku. Z tym powrotem to też była trudna sprawa. Bardzo chcieli wrócić do domu ale nie było jak, więc przysłali list, żeby przyjechać po nich furmanką. Najgorzej było znaleźć furmana, który by się odważył jechać konno tyle kilometrów. W końcu znalazł się odważny, był to 19-letni Marian Cudak i do dziś jestem mu wdzięczna za to, że przywiózł moją rodzinę z powrotem do Stęszewa. Dodam jeszcze, że podczas wysiedlenia moja starsza siostra Zofia wyszła za mąż za wysiedleńca z Poznania,  tam poznanego i wrócili do domu z malutkim dzieckiem. Po drodze do domu, na furmance pieluchy do dziecka suszyli pod pachami.

Rodzice wrócili na samą Wielkanoc, była to najszczęśliwsza Wielkanoc w moim życiu.

K. J. Bardzo dziękuje za tą ciekawą opowieść i życzę dużo zdrowia.



H. Pinczak - portret


Wywiad przeprowadzony z Panem Henrykiem Pinczakiem w dniu 25 marca 2015 roku w siedzibie Muzeum przez Katarzynę Jóźwiak z Muzeum Regionalnego w Stęszewie.

K.J. Kiedy się Pan urodził?

H.P. Urodziłem się 18 stycznia 1925 roku w Zamysłowie.

K.J. Kim byli Pana rodzice?

H.P. Moim ojcem był Jan Pinczak a matką Anna Pinczak z domu Przybylska. Ojciec przed wojną pracował w lesie, a mama zajmowała się domem.

K.J. Czy pamięta Pan początek wojny?

H.P. Bardzo dobrze pamiętam dzień 1 września 1939 roku,  ponieważ od tego dnia miałem rozpocząć naukę w gimnazjum w Poznaniu. Rodzice załatwili mi pokój przy rodzinie, skąd miałem mieć blisko do szkoły. 1 września wyruszyłem normalnie ze stancji do szkoły. O tym że wybuchła wojna dowiedziałem się przypadkiem w drodze do szkoły.  Najpierw usłyszałem jakieś wybuchy a potem od jakiegoś człowieka usłyszałem, że Niemcy nas zaatakowały i jest wojna. Nie wiedziałem co mam robić, czy wracać na pokój czy próbować dostać się jakoś do Zamysłowa. Ponieważ nie chodziły pociągi ani nie było żadnej komunikacji postanowiłem iść z Poznania do Zamysłowa pieszo. Gdy byłem już na Górczynie zatrzymał mnie patrol polskiego wojska, powiedziałem im, że idę pieszo do Zamysłowa do rodziców. Z uwagi na to, że zbliżał się już wieczór doradzili mi, abym z nimi przenocował i rano ruszył w dalszą drogę. Tak też zrobiłem. Rano żołnierze mnie nakarmili i pieszo ruszyłem do domu. Bez przeszkód udało mi się dojść do Stęszewa. Miałem obawy czy zastanę rodziców jeszcze w domu, ponieważ widziałem, że ludzie szykują się do ucieczki przed Niemcami. W Stęszewie spotkałem znajomego z Zamysłowa, który podwiózł mnie wozem konnym do wsi. Na szczęście cała rodzina była w domu. Znajomi i sąsiedzi rodziców przychodzili  do nas naradzać się czy uciekać , czy zostać. Mój ojciec im doradzał, że jeżeli chcą uciekać to muszą zgromadzić zapasy jedzenia bo bez tego nie przeżyją. A przy okazji odwlekał moment ucieczki tak ,że w końcu wszyscy zostali w swoich domach.

K.J. Jak Pan wspomina okres okupacji i zachowanie Niemców w tym czasie?

H.P. Pierwszego Niemca zobaczyłem na motorze, jak przyjechał do naszej wsi, a za nim przyjechali następni. Najpierw zajęli majątek ziemski, który należał do ordynacjo Będlewo -_Wronczyn i osadzili tam swojego Troichendra. 

Pierwszym tragicznym wydarzeniem, które miało miejsce w naszej wsi, było aresztowanie młodego chłopaka Ochockiego i wywiezienie go do obozu koncentracyjnego, z którego nigdy nie wrócił. Niemcy odkryli w lesie niedaleko Zamysłowa zastawione wnyki. Szybko dowiedzieli się, kto przed wojną pracował na leśniczówce, a że był to mój ojciec i właśnie ten młody Ochocki, zrobili przeszukanie w obydwu domach i u nas i u Ochockich.  I właśnie u Ochockich znaleźli ten sam gatunek drutu z którego zrobiono wnyki znalezione w lesie. Posądzili Ochockiego o kłusownictwo i wywieźli do obozu. Dodam tylko, że jego brat był autorem pomnika niepodległości w Zamysłowie, który powstał przed wojną. 

Pamiętam też, że w 1942 roku w Święto Zielonych Swiątek, Niemcy dokonali nalotu na naszą okolice, ale na szczęście nikt nie zginął.

Przez cały okres okupacji, razem z ojcem pracowałem na majątku u Troichendra, zresztą pracowała tam prawie cała wieś. Pewnego razu w czasie wykopków Niemiec stanął na rajce z ziemniakami, wtedy jeden z chłopaków powiedział do niego po polsku : „weź te kopyta bo ci je roz…”. Dziś wiem, że to było bardzo ryzykowne z jego strony, bo gdyby ten Niemiec znał  polski to kolega mógłby wylądować w obozie.  Ale pamiętam też, że mieszkańcy naszej wsi potrafili się świetnie zorganizować i dochować tajemnicy. Podaje przykład. W czasie burzy w świniarnię na majątku trafił piorun. Część świń zginęła, a te które ocalały rozbiegły się po okolicy.  Wszyscy musieliśmy je łapać i odprowadzić do majątku.  Po kilku dniach okazało się, że zaufani ludzie we wsi otrzymali wieczorem paczki z mięsem ze świniobicia, ponieważ nie wszystkie złapane świnie zostały oddane Niemcom.  W czasie okupacji zakazany był gospodarczy  ubój zwierząt, o wszystkim trzeba było meldować okupantom i oddawać im większość z uboju. Gdyby ktoś „życzliwy” doniósł o tym Niemcą, to wtedy wysiedlenie albo obóz koncentracyjny. 

K.J. Czy były jakieś oznaki zbliżającego się wyzwolenia?

H.P. Najpierw zaczął się ruch na majątku. Niemcy zaczęli zwozić jakieś kufry i skrzynie. Zmagazynowali je na strychu. A później w ciągu jednej doby wszyscy uciekli. Po jakimś czasie do wsi weszli żołnierze radzieccy, a że dom moich rodziców był przy drodze to  weszli do nas. Byli bardzo głodni i chcieli coś zjeść. Powiedzieliśmy im, że w majątku są zwierzęta. Wtedy Rosjanie weszli do majątku, tam nie było już nikogo. Jeden z nich zastrzelił psa, który ujadał przy budzie i wszedł do obory. Wybrał najładniejszą jałówkę ,  zastrzelił ja a potem wyciął z niej szynkę i oddał do ugotowania. Dzięki temu najedli się i oni i my. I tak dla mnie zakończyła się wojna.

K.J. Bardzo dziękuje za udzielenie wywiadu.





B. Nowicka 1 (portret)

Wywiad przeprowadzony z Panią Bronisławą Nowicką w dniu 14 kwietnia 2015 roku przez Katarzynę Jóźwiak w siedzibie Muzeum w Stęszewie.

K.J. Kiedy się Pani urodziła?

B.N. Urodziłam się  18 czerwca 1929 roku  w domu rodzinnym w Stęszewie Rynek 1.

K.J. Jak się nazywali Pani rodzice?

B.N. Moim ojcem był Józef Hołoga (ur.1880r.) a mamą Maria z domu Wołyńska (ur.1906r.), a ślub wzięli 8 lutego 1926 roku.

K.J.Czy pamięta Pani rozpoczęcie wojny we wrześniu 1939 roku?

B.N. Wiosną tego roku chodziłam do trzeciej klasy szkoły podstawowej, która mieściła się przy ul .Wojska Polskiego (tam uczyły się klasy od 1 do 3, klasy 4 do 6 uczyły się w budynku przy ul. Szkolnej 1, a klasy starsze w budynku „ochronki” przy ul. Poznańskiej obok Kościoła Ewangelickiego). Moim wychowawcą był Pan Edmund Torzecki i wtedy na lekcjach zaczęły się pierwsze rozmowy o tym, że może wybuchnąć wojna. Uczyliśmy się szyć z gazy maski na twarz. Zaczęto robić zapasy. W sierpniu nasz nauczyciel zgłosił się do wojska.

1 września w Stęszewie  zaczęły dzwonić kościelne dzwony, zawyły syreny w Roszarni i w Tartaku i tak dowiedzieliśmy się, że wybuchła wojna. Ponieważ w Stęszewie i okolicy mieszkali Niemcy, po wybuchu wojny Polacy załadowali ich na drabiniaste wozy i gdzieś wywozili. Pamiętam, że te wozy stały pod oknami naszego domu na rynku, a Niemcy z tych wozów prosili o jedzenie i picie. Ogłoszono również mobilizację. Pan Sobczyński ze Stęszewa podstawił wozy drabiniaste a Pan Bródka samochody i nimi wywożono ochotników do Poznania.  Pamiętam, że ludzie schodzili się na rynek. Żony odprowadzały mężów, dookoła było słychać płacz.  Widziałam państwa Grześkiewiczów, Aniołów, Lissowskich.  Nikt z tych panów już do domu nie wrócił. Kościoły były cały czas otwarte aby ludzie mogli się modlić. Potem po domach zaczęli chodzić jacyś ludzie i namawiać wszystkich do ucieczki w stronę Kutna. Razem z mamą i siostrą uszyliśmy  worki z płótna, aby załadować w nie jakieś zapasy i uciekać. Ojciec z ciocią nie chcieli uciekać. Mama zabrała mnie , siostrę i brata i pieszo szliśmy w kierunku Poznania. Doszliśmy do leśniczówki na Wypalankach, tam spędziliśmy dwie noce. Ojciec przyjeżdżał do nas rowerem i prosił żebyśmy wrócili do swojego domu i  swoich łóżek. W Stęszewie był piekarz Zaklikowski i on przywoził uciekinierom pieczywo na Wypalanki. 3 września był pierwszy nalot na Poznań i po nim wróciliśmy do domu. 

K.J. Czy okupacje spędziła Pani w Stęszewie?

B.N.

Jeszcze we wrześniu poszłam do szkoły w której uczyli tylko Niemcy. Pamiętam, że nauczycielka Niemka uczyła nas alfabetu niemieckiego, śpiewając go. Mogliśmy mówić tylko po Niemiecku. Po lekcjach chodziłam do lekarza Sosnowskiego pomagać przy dziecku. Edukacje szkolną zakończyłam w wieku 12 lat, bo taki był przepis i potem trzeba było iść do pracy. Pracowałam u Niemki, która mieszkała w Rynku pod numerem 5 i nazywała się Hotes, zajmowałam się jej dwoma synami.  Jeden miał 4 lata a drugi kilka miesięcy. Pani Hotes wraz ze swoimi teściami prowadziła w Stęszewie kilka sklepów. W sierpniu 1944 roku ojciec, ja i siostra dostaliśmy nakaz do pracy przy kopaniu  rowów przeciwczołgowych w Swarzędzu. Zawieziono nas tam pociągiem. Kobiety spały w drewnianych barakach obok dworca, a mężczyźni w tartaku. Codziennie do pracy eskortował nas Niemiec z psem. W październiku ojciec i siostra zostali zwolnieni do domu, a ja przewieziona do Karnicy pod Łodzią dalej kopać rowy. Spaliśmy tam u gospodarza w stodole, gdzie przechowywana była słoma i grochowina. Razem ze mną ze Stęszewa była Marysia Urbańska i Władzia Weiss, a także Pani Pazgrat z Dębna.  Najgorsze dla nas były noce, myszy harcowały na całego, a zdarzało się, że i szczur spadł którejś na twarz. Wiele nocy razem przepłakaliśmy. Każda z nas miała codziennie wyznaczony odcinek do przekopania, jedzenie w południe miałyśmy przywożone aby nie chodzić w  ciężkich drewniakach przez las i nie tracić czasu. Byłyśmy tam do listopada, a potem wsadzono nas w wagony i odwieziono do Poznania. W Poznaniu na Górczynie była przymusowa  odwszawialnia i  po jej zaliczeniu dostałyśmy przepustki na powrót do domu. Po powrocie poszłam  znowu do pracy do Pani Hotesowej.  Pamiętam też, że ta Niemka słuchała radia i ukrywała to przed pracownikami, ale pewnego razu wyrwały jej się takie słowa: „Ruski zabili polskich oficerów a będzie to na nas”. Dzisiaj  wiem, że chodziło o Katyń. Pamiętam też niemieckiego komendanta, który jeździł na białym dereszu, oraz to, że nie był złym człowiekiem.

K.J. Czy czuła Pani, że zbliża się koniec wojny?

B.N. Pierwszą oznaką, że coś się zaczyna zmieniać była kolacja wigilijna dla pracowników zorganizowana w grudniu 1944 roku, przez panią Hotys i jej teściów. Utkwiło mi w pamięci, że na kolacje podano świński łeb z cytryną w pysku.   W tym roku była bardzo mroźna zima,  pewnego styczniowego wieczora, położyłam dzieci spać i  zeszłam na dół. Wtedy zobaczyłam, że na dole zaczyna się jakaś krzątanina. Pani Hotysowa  poleciła mi iść z powrotem na górę i bardzo ciepło ubrać dzieci.  Gdy wróciłam zauważyłam, że pan Hotys szykuje pistolet, pomyślałam ,że teraz mnie zabije. A on zawołał mnie do sklepu i dał mi dwie pary butów i kazał nikomu o tym nie mówić.  Przyjechali jacyś ludzie samochodem i wozem. Na wóz załadowali skrzynie z ubraniami i innymi rzeczami, a resztę kazali pochować w domu. Pani Hotysowa dała mi firany i wałek jedwabiu. Klucz od domu przekazała Pani Janiakowej a mi powiedziała, że jak będę czegoś potrzebowałam to mam przyjść i sobie zabrać.  Później się okazało, że Janiakowa wszystko zabrała do siebie. Cała rodzina uciekła  samochodem przed nadejściem wojska radzieckiego i polskiego.

K.J. Czy pamięta pani wejście wojska do Stęszewa w styczniu 1945?

B.N. Dzień przed wyzwoleniem na Rynek wmaszerowało wojsko niemieckie (same młode chłopaki) i poszli do naszego Kościoła, gdzie w tym czasie mieścił się magazyn umundurowania. Tam dostali mundury i bieliznę. Na dworze było bardzo mroźnie i nie mieli gdzie się przebierać, więc robili to na ulicy. Mój ojciec wyszedł na ulice i wziął trzech młodych chłopaków do domu, żeby mogli się przebrać. Ciocia dała im ciepłej herbaty. Ci Niemcy powiedzieli nam, żebyśmy zeszli do piwnicy i wzięli ze sobą koce. Na narożniku naszego domu stała niemiecka armatka. Po pewnym czasie dało się słyszeć od strony Krąplewa i Dębna nadciągające wojsko i odgłosy walki. Coś wybuchło przy aptece, a potem było słychać strzelaninę i wybuchy tylko od ulicy Bukowskiej. Na Rynku było cicho ojciec wyszedł z piwnicy zobaczyć co się dzieje, nie było nikogo. Po jakimś czasie od strony Poznania nadjechał ruski czołg, stał na nim Jan Janicki ubrany w garnitur oraz Pan Adamski w mundurze wojskowym. Za nimi nadjechał drugi czołg i wywieszono flagi. Nadciągneło ruskie wojsko. Gdy wszystko ucichło poszliśmy wszyscy na ulicę Bukowską. Tam naokoło leżeli zabici Niemcy. Wśród nich byli wszyscy troje, którzy się u nas przebierali. Widziałam jak jeńcy niemieccy ściągali trupy do wielkiego dołu (obecnie znajduje się tam nowa część cmentarza). Na kwaterę do naszego domu przydzielono nam trzech ruskich żołnierzy. Do mieszkania wnieśli ze sobą słomę na której spali i dwa baniaki bimbru. Kwaterę zajmowali do marca. Ja z siostrą w tym czasie byłyśmy schowane na strychu.

K.J. Czy jest coś szczególnego z okresu okupacji, co szczególnie utkwiło Pani w pamięci?

B.N. Do dziś pamiętam dzień w którym został aresztowany ksiądz Stachowiak. Było to w roku 1942. Przed plebanie zajechał czarny samochód. Wysiedli „Panowie” ubrani na czarno i weszli do budynku. Ja w tym czasie stałam na ulicy, obok mnie był Stasiu Rumiński, a za nami stał jakiś mężczyzna. Po chwili z plebani wyszedł nasz ksiądz z gestapowcami, a za nimi siostry księdza. Ksiądz Stachowiak stanął na stopniu schodów, krótką chwilę patrzył na Kościół. Potem jedna z  jego sióstr zarzuciła mu na ramiona płaszcz, druga podała teczkę i ksiądz ze spuszczoną głową wsiadł do samochodu. Potem dowiedziałam się , że dzień wcześniej był u księdza niemiecki komendant naszego miasta i ostrzegł księdza przed aresztowaniem, jednak ksiądz nie chciał uciekać. Cały ten czas od ukończenia wojny gnębiła mnie myśl, kim był ten człowiek, który wtedy stał za nami na ulicy. I dopiero z książki, którą Muzeum wydało o Stęszewie dowiedziałam się, że był to ksiądz Samoliński.

K.J. Bardzo pani dziękuje za tak wyczerpujące odpowiedzi i podziwiam Pani pamięć.




E. Weychan - portret

Wywiad przeprowadzony z Panią Ewą Weychan w dniu 14 marca 2015 roku w Stęszewie przy ulicy Kościańskiej w mieszkaniu córki Wiesławy Krzyżańskiej przez Katarzynę Jóźwiak z Muzeum Regionalnego w Stęszewie.

K.J. Pani Ewo, kiedy się Pani urodziła?

E.W. Urodziłam się 18 grudnia 1927 roku w Stęszewie.

K.J. Kim byli Pani rodzice?

E.W. Moim ojcem był Kazimierz Lepczyński, który z zawodu był stolarzem a zmarł w 1936 roku, natomiast moją mamą była Helena z domu Kuczkowska, która zajmowała się domem i wychowaniem dzieci, przeżyła wojnę i zmarła w 1969 roku.

K.J. Jakie było Pani pierwsze miejsce zamieszkania?

E.W. Moim pierwszym domem był dom przy ul. Kosickiego 14 w Stęszewie. Tam się urodziłam i tam mieszkałam do 1956 roku do momentu wyjścia za mąż.

K.J. Czy pamięta Pani początek wojny i wkroczenie Niemców do Stęszewa?

E.W. W pierwszych dniach września 1939 roku po wszystkich domach w Stęszewie chodzili członkowie Obrony Narodowej i nakazywali mieszkańcom opuszczać domy i uciekać przed Niemcami. 

Cała nasza rodzina zebrała się razem i postanowiliśmy uciekać w kierunku Puszczykowa i Mosiny. Wyruszyliśmy pieszo przez las, przeszliśmy przez Trzebaw i dotarliśmy w okolice Puszczykowa. 

Z pomocą wuja, który mieszkał w tej okolicy przeprawiliśmy się łodzią przez Wartę, chcąc dotrzeć do Poznania a potem dalej. 

Po drugiej stronie Warty, widząc uciekające tłumy ludzi, nieustanne bombardowanie przez niemieckie samoloty i leżące wszędzie wokół trupy ludzi, zdecydowaliśmy się na powrót do domu do Stęszewa. Dziadek stwierdził, że jeżeli mamy zginąć to u siebie w domu.

Ponownie przeprawiliśmy się przez Wartę i udaliśmy się pieszo w kierunku Trzebawia. Tam w stodole u Państwa Czyżów spędziliśmy trzy noce bojąc się mimo wszystko wracać do domu. Jednak chęć zobaczenia domu była silniejsza niż strach i powoli oglądając się na wszystkie stron ruszyliśmy rzez las . 

 Dookoła było cicho i spokojnie . Najpierw dotarliśmy na ulicę Wojska Polskiego, tam moja rodzina miała 1 hektar sadu. Po powrocie okazało się, że cały sad został ścięty przez Obronę Narodową, po to aby mogli lepiej widzieć nadchodzących Niemców i do nich strzelać.

Mostu na Samicy już nie było, on także został zburzony przez Obronę Narodową, więc przez rzekę przechodziliśmy wpław.

Po powrocie do domu okazało się, że jest on splądrowany.

Ale byliśmy szczęśliwi, że jesteśmy u siebie.

K.J. Kiedy pierwszy raz zobaczyła Pani żołnierza niemieckiego w Stęszewie?

E.W. Pierwszy raz zobaczyłam Niemca a właściwie  od razu dwóch, jak przyjechali motocyklem na stęszewski rynek, zatrzymali się, rozejrzeli dookoła nie schodząc z motoru i pojechali dalej. Była to kilka dni po naszym powrocie do domu. Za nimi nadjechały samochody ciężarowe wypełnione Niemcami.

Swoje ,,urzędowanie,, w Stęszewie rozpoczęli od aresztowania działaczy patriotycznych i uczestników Powstania Wielkopolskiego.

Pamiętam, że moja mama wysłała mnie do wujka Włodzimierza Kuczkowskiego, żeby go ostrzec przed aresztowaniem. Gdy dobiegłam do jego domu to Niemcy już tam byli. Gdy weszłam to jeden z Niemców uderzył mnie w twarz i rzucił na fotel, potem przeszukali całe mieszkanie. Wujek do domu już nie wrócił.

K.J. Czy w czasie okupacji Pani też pracowała przymusowo dla Niemców, tak jak większość Polaków?

E.W. Miałam 12 lat jak rozpoczęła się wojna i otrzymałam nakaz pracy w rozlewni piwa na ulicy Ogrodowej, którą prowadził Niemiec Maks Haze. Nie wspominam go jednak źle, traktował nas jak normalnych pracowników, co tydzień na niedziele mężczyźni dostawali po skrzynce piwa i papierosy a kobiety po skrzynce oranżady. Gdy zdarzało się, że któryś z pracowników zachorował to sam zawoził go do lekarza. W czasie zimy dawał nam konie na kulig. Wiem również, że uchronił Pana Franciszka Dziubałe przed represjami ze strony Niemców.

K.J. Czy wiedzieliście, że zbliża się koniec wojny i skąd?

E.W. Na ulicy Ogrodowej mieszkali państwo Hemmerlingowie, którzy mieli w kominie schowane radio i to było nasze tajne źródło informacji o tym co się dzieje na froncie i o tym, że zbliża się wyzwolenie. Nawet sami Niemcy mówili nam, że odchodzą ale po nich przyjdą jeszcze gorsi. Z niektórymi Niemcami, żeśmy się bardzo zżyli i jak oni opuszczali Stęszew to chodziliśmy się z nimi żegnać.

K.J. Jak wspomina Pani wyzwolenie miasta?

E.W. Był bardzo mroźny styczniowy dzień, niemieccy cywile opuścili miasto a żołnierze przygotowywali się na odparcie ataku Rosjan, jednak nie spodziewali się, że Rosjanie tak szybko dotrą w okolice Stęszewa. Myślę, że Rosjanie musieli mieć jakiegoś przewodnika, który pokazywał im drogę, bo zaatakowali Stęszew z trzech stron, od Mosiny, od Poznania i przeszli przez Dębno od strony Wielkiej Wsi.

Natomiast od strony Buku nadchodziła pomoc dla Niemców. Jednak gdy zobaczyli, że Rosjanie są już w Wielkiej wsi to się wycofali. Myślę, że gdyby Rosjanie tak szybko nie weszli do Stęszewa  a pomoc z Buku byłaby wcześniej w Stęszewie to nasze miasto ucierpiało by o wiele bardziej podczas wyzwalania i na pewno zginęło by więcej ludzi.

K.J. Co się działo w pierwszych dniach po wyzwoleniu?

E.W. Myśmy przez dwa tygodnie chowali się w piwnicy, bo tam było w miarę bezpiecznie. Potem w naszym domu kwaterował rosyjski lejtnant, który przynosił nam jedzenie .

Na Rynku pod nr 6 w Stęszewie mieszkał pilot, ponieważ pomiędzy Strykowem a Antoninkiem było lotnisko, skąd startowały samoloty bombardujące niemieckie miasta.

Ten pilot przynosił nam ryby, które zdobywał wrzucając granat do jeziora.

Polskie wojsko przywoziło do Stęszewa żołnierzy na odpoczynek, którzy kwaterowali w okolicy Dębienka.

Pierwszym burmistrzem po wojnie był Pan Jan Janicki, mój brat również pracował w urzędzie i przynosił przydział na jedzenie.

K.J. Bardzo dziękuje za rozmowę.





..

Stęszew 2014